Wpisy użytkownika Nortus & Potworna spółka z dnia 29 grudnia 2009

Liczba wpisów: 22

nortus
 

W takie zimnisko powinien być zakaz wychodzenia.
  • awatar Pognieciona Lala: oj tak, zimno jest.
  • awatar Niewypowiedziane myś: dzień dobry :*
  • awatar Bezedura: Niektórzy musieli wracać do domu, łącznie 12 godzin, w tym dwie godziny czekania na autostradzie na sprawny autobus. Na szczęście kierowca ładnie nam grzał.
Pokaż wszystkie (6) ›
 

nortus
 

Centrum handlowe w prowincji Hebei w północno-wschodnich Chinach usiłuje zwabić zmotoryzowane klientki specjalnym parkingiem dla kobiet. Oprócz
wszędobylskiego różu i fioletu wyróżnia się on tym, że miejsca parkingowe są o metr szersze niż zwykle - powiadomiła agencja AFP.

Parking został zaprojektowany tak, aby odpowiadał charakterystycznemu dla kobiet "silnemu wyczuciu koloru i nietypowemu wyczuciu odległości" -
powiedział Wang Zheng, przedstawiciel centrum w Shijiazhuang.

Dodatkowo, na kobiecym parkingu zainstalowano nowe znaki oraz dodatkowe oświetlenie. Centrum zatrudniło też parkingowe, które mają kierować
zmotoryzowane klientki na odpowiednie miejsca.

Jak podaje AFP, prowadzenie samochodu jest w Chinach bardzo niebezpieczne. W ubiegłym roku na drogach ginęło tam średnio 200 osób dziennie.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 

W Norwegii, by odpalać sylwestrowe fajerwerki, trzeba być licencjonowanym pirotechnikiem i używać wyłącznie materiałów zarejestrowanych na terenie tego kraju.


Przed Sylwestrem przedstawiciele norweskich służb celnych przypominają, że osoby prywatne nie mogą przewozić przez granicę żadnych fajerwerków ani
materiałów pirotechnicznych. Niektórzy Norwegowie po rakiety pirotechniczne jeżdżą do sąsiedniej Szwecji, jednak celnicy zapowiadają, że należy się  spodziewać zaostrzonych kontroli w strefie przygranicznej i nie oczekiwać wyrozumiałości celników w razie znalezienia przemycanych fajerwerków.

Nie pomogą tłumaczenia, że chodziło o huczne pożegnanie starego roku, bowiem od 2008 odpalanie fajerwerków przez osoby nie będące pirotechnikami
jest zabronione. Bez licencji można odpalać tylko wyroby o niskiej masie mieszaniny pirotechnicznej pozbawione stabilizatorów lotu i to wyłącznie w
Sylwestra między godziną 18:00 i 02:00 w nocy.

Do więzienia za racę?

Zmiany w prawie wprowadzono po Sylwestrze 2007 roku, kiedy na terenie całej Norwegii w wyniku wypadków z fajerwerkami rannych zostało 155 osób. Okazało się,że 7 na 10 rannych zraniło się używając rakiet,czyli fajerwerków ze stabiliza-
torami. Urząd ds. Obrony Cywilnej i Zarządzania Kryzysowego (DSB), który był inicjatorem wprowadzenia zmian w prawie, jest bardzo zadowolony z rezultatów ich przyjęcia.

Nieco mniej zadowoleni są Norwegowie. W internetowej ankiecie dziennika "VG" około połowa głosujących przyznała, że tęskni za hucznym żegnaniem starego roku i nie popiera wycofania rakiet ze sprzedaży. Co prawda większość gmin
na Sylwestra przygotowuje profesjonalne pokazy pirotechniczne, ale niektórzy lubili witać Nowy Rok wystrzeliwując rakiety z pustych butelek po szampanie.

Dwudziestodwuletni Oyvind ze środkowej Norwegii o fajerwerkach nie chce nawet słyszeć. Nie kupi nawet miniaturowych petard. Rok temu podczas imprezy sylwestrowej na plaży wobec braku rakiet wraz z kolegami odpalili racę świetlną z pistoletu sygnałowego. W kilka minut później na miejscu pojawiła się straż przybrzeżna, a następnie policja. Imprezowicze spędzili noc w
areszcie, groziła im nawet kara pozbawienia wolności, jednak ostatecznie skończyło się na wysokiej grzywnie. W Norwegii, gdzie wiele rodzin posiada łodzie, pistolety sygnałowe są dość popularne.

Policja przed każdym Sylwestrem przypomina, że używanie rac świetlnych bez potrzeby, szczególnie w okolicach akwenów wodnych, jest poważnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa i może spowodować
że do kogoś, kto znalazł się w rozpaczliwej sytuacji, pomoc nie dotrze na czas.

Tylko bezpieczne fajerwerki

Przed Sylwestrem w norweskich sklepach można kupić tylko fajerwerki zaaprobowane przez DSB lub SINTEF i posiadające norweski numer identyfi-
kacyjny, czyli oficjalnie uznane za bezpieczne do stosowania przez osoby nie mające przygotowania pirotechnicznego.Z Polski nie wolno przewieźć nawet miniaturowych petard dla dzieci.

Przedstawiciele DSB tłumaczą w norweskiej prasie, że lepiej spędzić Sylwestra mniej hucznie, ale za to bezpiecznie. Od czasu wprowadzenia nowych
przepisów w Norwegii zanotowano tylko około 25 wypadków z fajerwerkami.

Z Trondheim dla polonia.wp.pl Sylwia Skorstad
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @brązowym okiem na kolorowy świat: u nas to nierealne. naruszałoby prawa obywatelskie debili i tak by wszyscy je łamali. zresztą, np. w Szczecinie nie wolno odpalać firewerków poza sylwestrem i co? pudło, przecież policja i straż nie może być wszędzie.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @brązowym okiem na kolorowy świat: w zeszłym roku sąsiada dziecko mogłoby stracić palce, gdyby nie reakcja ojca w ostatniej chwili. jemu się oberwało. tylko później udawał przed żoną że nic nie było. dziecko w początkowych klasach szkoły podstawowej.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 


29 grudnia 1989 r. Sejm uchwalił ustawę o zmianie Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, przywracając historyczną nazwę państwa -
Rzeczpospolita Polska oraz dawne godło - orła w koronie.

Za nowelizacją głosowało 374 posłów,11 wstrzymało się odgłosu, a tylko jeden był przeciwny - poseł z PZPR.

Art. 1 znowelizowanej konstytucji głosił: "Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej".

Z konstytucji usunięto m.in. ideologiczny wstęp, zdania o socjalizmie i gospodarce planowej oraz regulacje dotyczące przewodniej roli PZPR.
Suwerenem stawał się Naród, rozumiany jako wspólnota równoprawnych obywateli,który "sprawuje władzę przez swych przedstawicieli wybieranych do
Sejmu, Senatu i do rad narodowych; sprawowanie władzy następuje także poprzez wyrażanie woli w drodze referendum".


Odnosząc się do partii politycznych, konstytucja stwierdzała, że zrzeszają one "na zasadach dobro-wolności i równości obywateli Rzeczypospolitej
Polskiej w celu wpływania metodami demokratycz-
nymi na kształtowanie polityki państwa".

W kolejnych artykułach zagwarantowano m.in. udział samorządu terytorialnego w sprawowaniu władzy oraz swobodę działalności gospodarczej bez względu na formę własności.

Oceniając wagę przeprowadzonych wówczas zmian dr Antoni Dudek pisał:
"Grudniowa nowelizacja konstytucji miała w gruncie rzeczy znaczenie symboliczne i potwier-
dzała podstawowe zasady porządku politycznego, jaki zrodził się trzy miesiące wcześniej. Wszelako przejścia od PRL do III Rzeczypospolitej nie można było dokonać przy pomocy jednego sej-
mowego głosowania,abstrahując już od zgłaszanych
wówczas wątpliwości, czy Sejm wybrany w częściowo tylko demokratycznych wyborach dysponował legitymacją do podjęcia tego rodzaju decyzji. Stworzenie demokratycznego,w pełni suwerennego państwa, wymagało ogromnego wysiłku skierowanego na zasadniczą przebudowę całego aparatu administracyjnego". (A. Dudek "Historia polityczna Polski 1989-2005")

Zmiany w konstytucji dokonane 29 grudnia 1989r poprzedziła nowelizacja z 7 kwietnia 1989 r., wprowadzająca, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, zapisy o Senacie, urzędzie prezydenta oraz o ordynacjach wyborczych do Sejmu i Senatu.

Warto zaznaczyć, że w obu izbach parlamentu od 7 grudnia 1989 r. działały dwie odrębne komisje konstytucyjne, pracujące nad nową ustawą zasadniczą.
Kierowali nimi Bronisław Geremek i Alicja Grześkowiak. W 1991 r. przygotowały one dwa projekty nowej konstytucji, które przekazano kolejnemu parlamentowi.
  • awatar krzyslav: ja tam pamiętam jeden artykuł ze starej, niedobrej, komunistycznej konstytucji: "...praca jest prawem, obowiązkiem i sprawą honoru każdego obywatela..."
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @krzyslav: prawem - zgodzę się. obowiązkiem i sprawą honoru - absolutnie się nie zgadzam. nie każdy musi pracować.
  • awatar krzyslav: a wiesz? ...chyba trafiłeś w sedno! jakby w sposób naturalny oddzielić lumpów od bezrobotnych i pozbawić urzędoli argumentu że praca jest, tylko ludziom się nie chce pracować, okazałoby się że pracować to się nie chce ...urzędolom!
Pokaż wszystkie (3) ›
 

nortus
 

Jesteśmy najdłużej pracującym w tygodniu narodem w Unii Europejskiej. Choć nie mamy zbyt wiele wolnego czasu, to aż 54% Polaków jako swoją rozrywkę wybiera telewizję. Co jeszcze w wolnych chwilach robią Polacy?

Sylwia Mróz, Wirtualna Polska:
Według badań CBOS z 2006 roku 54% Polaków w
czasie wolnym ogląda telewizję i filmy na DVD. Czy faktycznie jest to główna rozrywka Polaków?

Prof. UMK, dr hab. Tomasz Szlendak:
Im dalej od centrum dużego miasta, tym częściej największą atrakcją w czasie wolnym jest TV. Spędzany przed telewizorem czas to już około czterech godzin dziennie. Im bliżej jednak
centrum miasta, szczególnie dużego miasta, tym ludzie mają mniej wolnego czasu i tym rzadziej poświęcają go na oglądanie telewizji.

Co najchętniej robią po pracy Polacy?

- Warto dodać o ile tylko mają czas. Ci, którzy są mieszkańcami dużych i średniej wielkości miast mają - owszem - czas wolny, ale jest on rozsypany w ciągu dnia, tygodnia i miesiąca. To znaczy, że nie mają do dyspozycji, jak robotnicy fabryczni w latach 60. czy 70., kilku godzin dziennie, by wypełnić te godziny jakimś długotrwałymi, zajmującymi hobby, rozrywką czy przyjemnościami. Zwykle mają do dyspozycji 20 minut lub pół godziny, które poświęcają na drobne, krótkie i intensywne przyjemności, po czym powracają
do pracy, którą przynieśli do domu. Zatrudnienie, szczególnie w usługach niematerialnych, generuje coraz więcej pracy, którą nosi się ze sobą w
teczce albo przepastnej damskiej torbie. Do tego coraz więcej czasu spędzamy w samochodach, w metrze, w pociągach.
Im większe miasto, tym mniej czasu wolnego Prof. UMK, dr hab. Tomasz Szlendak Im większe miasto, tym więcej czasu traconego na dojazdy i tym mniej czasu wolnego. To między innymi powoduje, że rozmaite przyjemności wymagające czasu, jak czytanie książek czy słuchanie muzyki, przeniosły się dzisiaj do środków transportu. Mamy zatem do czynienia z aktywnością kulturalną transportową, np. słuchamy książki w aucie.

Co prawda Polacy nadal przyznają się ankieterom do tego, że wykonują jakieś czynności w wolnym czasie, ale tym pracującym wolny czas nieustannie się skraca i rozprasza. Jesteśmy najdłużej pracującym w tygodniu narodem w Unii Europejskiej.

Z tego, co Pan mówi można by wywnioskować, że nawet jeśli mamy mało wolnego czasu, to potrafimy nim gospodarować. Czy możemy postawić tezę, że Polacy potrafią zorganizować sobie czas bez trenera czasu wolnego?

- Wręcz przeciwnie - nie możemy w ogóle postawić takiej tezy. Proszę zauważyć, że coraz częściej w Polsce studiuje się organizację czasu wolnego.
Okazuje się, że Polacy z trudnością wypełniają swój wolny czas czymś innym niż telewizja.

Kolejną formą spędzania wolnego czasu jest w Polsce spacer po galerii handlowej, tam oczywiście, gdzie ona jest dostępna. W trakcie badań nad kulturą w polskim mieście wykonanych na zlecenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z myślą o Kongresie Kultury Polskiej, okazało się, że Polacy z wielką ochotą przebywają w galeriach, przestrzeniach wielozmysłowych, czyli tam, gdzie jest 200 sklepów, koleżanki spacerujące w nowych ciuchach ze swoimi dziećmi, a do tego klown, czarodzieje, lody i gdzie niezajmująco leci muzyka. Tam, gdzie atakowane są wszystkie zmysły. W galerii nie-handlowej
trzeba się skupić i to, co jest w nich zazwyczaj wystawiane, atakuje tylko jeden zmysł. Dlatego między innymi sztuka - wystawa, koncert - przegrywa ze spacerami po centrach handlowych.

Do tego jeszcze starsze osoby wymieniają działkę. Oni akurat wolnego czasu mają pod dostatkiem, zatem część z tej kategorii, ta lepiej wykształcona, jest aktywna kulturalnie. Jeśli zwrócić uwagę na to, kto bierze udział w
różnego rodzaju wydarzeniach kulturalnych, to są to osoby starsze, na emeryturze, dzieci dowożone autobusami ze szkół i licealiści, którzy mają
sporo wolnego czasu, bo nie pracują. Ludzie pracujący w wieku średnim rzadko kiedy mają chęć i chwilę, aby "wyskoczyć" z domu, zwłaszcza kiedy do przybytków kultury daleko, a pilot od DVD blisko.

Jednak mnogość bodźców, która jest charakterys-tyczna dla centrów handlowych wyklucza relaks, bo w końcu nic nas tak odpręża, jak nicnierobienie. Jak pokazują sondy i badania opinii publicznej ludzie mają problem z tym,by odpoczywać leniuchując


- Polacy, tak zresztą jak przedstawiciele innych narodów, mają tendencję do tego, by rozrywkę rozumieć jako przebywanie z ludźmi. Wykonywanie czynności rozrywkowych samotnie jest dobre dla eremitów, nie dla Polaków. Takie czynności, które się robi w odosobnieniu, jak czytanie, odchodzą powoli w niepamięć. Ażeby skracający się wolny czas był należycie wykorzystany, musimy go spędzić wspólnie, nawet w tłoku i hałasie.

Oczywiście po wyjściu z supermarketu wszyscy są przemęczeni, ale jednak każdy tam pędzi, żeby być razem. Mam wrażenie, że coraz częściej rzeczy,
które robi się samemu uważane są w Polsce za nieodbyte. Bardzo popularne są wycieczki, na których jedzie się gromadnie. Wakacje uważa się za nieudane, jeśli jedziemy na odludzie. Polacy w wolnym czasie po prostu lubią przebywać z innymi, nawet jeśli jest głośno, śmierdzi grillem i dzieją się rzeczy nieprzyjemne dla osób, które chciałyby wypocząć samotnie na kanapie.

Ale to, co Pani zauważa jest ważne, bo Polacy mają w pracy nadmiar bodźców, jak niemal wszyscy na Zachodzie. Praktycznie co kilka, kilkanaście minut ludzie pracujący są odrywani od swojej pracy za sprawą rozmaitych dystraktorów - kolejnego maila, na którego trzeba odpowiedzieć i filmiku na youtube, który trzeba obejrzeć. W ten sposób podnosi się poziom stresu, bo praca nie jest wykonywana należycie w jednym miejscu. Poza tym wszyscy cierpią na coś w rodzaju zbiorowego ADHD - za sprawą dystraktorów są kompletnie rozproszeni i nie potrafią się na niczym skupić. Poziom stresu i nerwowości w ten sposób się podnosi. Do tego dzisiejsza rozrywka nie odcina
od stresu, a wręcz przeciwnie - idziemy w jeszcze bardziej gwarne miejsce, z jeszcze większą liczbą dystraktorów. Mówiąc półżartem,poziom nerwacji w naszym państwie mocno wzrasta. A im większe miasto, tym bardziej nakręca się spirala stresu.


Rozmawiamy o zjawiskach, które się pojawiły w ostatnich latach i za czasów PRL-u nie zajmowały Polaków w takim stopniu, co dziś.

- Porównując czasy PRL-u i dzisiejsze wyraźnie widać nadmiar bodźców. Za czasów PRL-u nie można było nigdzie pójść, więc ludzie zamykali się w
przestrzeni domowej. Inną sprawą jest to, że rósł w siłę wówczas amoralny familizm.PRL,podtrzymując tendencję Polaków do zamykania się w obrębie
domostwa i rodziny, doprowadził do braku zaufania do ludzi spoza kręgu domowego. W PRL-u dominowały dyskusje przy alkoholu w pozamykanych M3, przy
braku jakiejkolwiek rozrywki na zewnątrz. Dziś to wygląda nieco inaczej - w domu się w zasadzie sypia, ogląda telewizję i siedzi w Internecie. Każdy przed własnym panelem LCD. Dyskusje, jeśli się już odbywają, to w pubach.

Co najbardziej absorbuje Polaków w niedzielę? Zakupy w hipermarkecie, rodzina czy może kościół?

- Zdaje się, że obserwujemy właśnie przeniesienie rytuałów.Polacy potrzebują specyficznych rytuałów które organizują im cykl życia, a do tego muszą dysponować miejscem, w którym mogą zaprezentować status. Msza niedzielna w kościele parafialnym to był taki czas i takie miejsce, jednak coraz mniej ludzi chodzi do kościoła. W średnich i dużych miastach w niedzielnej mszy świętej uczestniczy poniżej 40% Polaków. A z drugiej strony wzrasta liczba osób, które zamiast na mszę jadą do galerii handlowych. Są tacy, którzy stosują rytuał podwojony - najpierw msza, potem zakupy. To zrytualizowane zachowanie organizuje życie, życie jest dzięki temu wpisane w tygodniowy grafik. Warto raz w tygodniu pojechać w takie miejsce, gdzie można spotkać innych ludzi, pokazać się, połazić. Żartując, przypomina to
podbijanie karty obecności w zakładzie pracy. Tydzień mija od jednego podbicia karty w galerii handlowej do następnego.

Rodzina, mimo deklaracji składanych ankieterom przez Polaków, nie jest moim zdaniem tak ważna, jak by się wydawało. Zaczynamy się męczyć w towarzystwie najbliższych. Zauważmy, że coraz częściej nadmiar wolnego czasu w niedzielę,
bądź na tygodniowym urlopie powoduje różnego rodzaju rodzinne spięcia.
Lepiej Polakowi gdzieś pójść i zabić ten czas kontaktem ze światem.
Siedzenie w domu w wąskim gronie rodzinnym coraz częściej jest rodzajem traumy dla Polaka, a nie formy rozrywki. Skoro każdy z nas większość czasu
przebywa w pracy, a po pracy myśli o pracy, to członkowie rodziny pozostają w sensie psychicznym coraz dalej. Zaczynamy się z nimi męczyć, nudzić,
przestajemy ich rozumieć, nie podzielają naszych stresów,mają jakieś własne,dla nas niezrozumiałe. Wolny czas z rodziną często nie należy zatem
do najciekawszych form jego spędzania, dostępnych w dzisiejszej rozrywkowej karcie dań.

Rozmawiała Sylwia Mróz, Wirtualna Polska

---
Cóż, gdyby Polacy mieli jakiekolwiek pojęcie o organizacji pracy to pracowaliby mnie a wydajniej.
A tak latają jak silniczki z motorkiem w dupie, bez ładu i składu. Tracąc czas i pieniądze a później gadają, że najwięcej pracują w Europie.
Nie, najwięcej marnują czasu w Europie.
Odszukam fajny artykuł jak nas widzą szefowie cudzoziemcy w Polsce - ręce opadają, ale to im, bo my przecież wiemy, że jak pracuję np. od  do 16 to znaczy, że o 8 przekraczam bramy zakładu (anie jestem na miejscu pracy) a o 16 wychodzę z zakładu a nie kończę pracę. Czyli pracę kończę pół godziny wcześniej, ale haruję do 16! ).
I jeszcze jedno: w PRL właśnie ludzie mieli gdzie wychodzić i się bawić. Dzisiaj jest tak, ze dzieci stają się galerianskimi kurwami bo nie ma dla nich klubów, miejsc zabawy. Pamiętajmy, że w PRL nie było jeszcze internetu (nigdzie nie było wtedy). A dzisiaj dopiero teraz ktoś pomyślał, żeby dzieciakom zbudować boiska (Orliki) bo nie mają co z sobą zrobić, więc ćpają i się kurwią.
W PRL władze dbały o rozrywkę, bo to dawało im spokój. Były festyny, zabawy, miejsca spotkań, rozwijała się jakaś tam kultura, DKFy, kluby.
To później wszystko padło bo nie miał kto tego finansować. Państwo umyło od wszystkiego ręce.
 

nortus
 

Wiem, że do Was to i tak nic nie dociera.

Ale zastanówcie się ile kasy puszczacie z dymem?

A poza tym, pisze to też z powodów egoistycznych:



Czy wiecie jaka to obrzydliwość całować się z osobą palącą?

Jaki smród zostaje w ustach osoby całującej a nie palącej?



Nie pomoże umycie zębów, bo smród idzie z płuc.
  • awatar Galadriel: o, ble!!! popieram!! :d
  • awatar cosmo7: A ja bym złożyła dla tych co się nie myją, porzucają dzieci i maltretują zwierzęta. A zaraz sobie zapalę.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @cosmo7: ale im z mordy (!) nie śmierdzi. a ręce czy dupę mogą umyć. płuc nie umyjesz. :D
Pokaż wszystkie (22) ›
 

nortus
 


Kiedyś byłem na kilkudniowym szkoleniu, które prowadziła bardzo miła pani ze Stanów Zjednoczonych - a tak naprawdę to Czeszka.

I coś tam wyszło nie tak w tłumaczeniu i ona nas przepraszała.
I powiedziała ciekawą rzecz.

Kiedyś była na szkoleniu w jakimś ośrodku dla ociemniałych.
I jak to zwykle palnęła tekst: "zobaczcie państwo ... " i tu się ugryzła w język.
Zaczęła przepraszać ich, że ona wie, że oni nie widzą, że są pokrzywdzeni przez los ale tak się mówi i trudno nad tym zapanować. To taka oczywistość jak się wykłada coś komuś. Że jej przykro z tego powodu.

I wtedy wstał jeden facet i mówi, żeby ona nie przepraszała bo nie ma za co. I oni wcale nie mają tak źle bo oni tylko nie widzą - bo ci co nie słyszą to dopiero są nieszczęśliwi.

I dopiero wtedy do niej dotarło, że nie ślepota jest krzywdą, nieszczęściem, czy strasznym kalectwem ale to jak my sami siebie postrzegamy.

Dla nas, i dla mnie bo osobiście boję się ślepoty, mam dużą wadę wzroku, niewyobrażalne jest zostać ślepym.
A dla nich to nic, bo oni czują, słyszą, mogą rozmawiać, mieć kontakt z otoczeniem.
Dla nich np. gorsza jest głuchota.

Piszę to z myślą o pewnej osobie,  z którą miałem przed chwilami dyskusję (i napisze jej ww. wpis)
Ważne jest co my o sobie myślimy a nie inni.
Nie przejmujmy się opiniami innych, zwłaszcza jeśli są zawistne, złośliwe.
Każdy z nas ma jakieś wady, nie ma ideałów. Ale nie dajmy się zdołować, bo najczęściej oprócz wad mamy zalety, które być może nam inni zazdroszczą i próbują wbić w ziemię.
 

nortus
 

50-letni Izraelczyk po raz 11.został rozwodnikiem pobijając tym samym żydowski rekord w tym niechlubnym "wyścigu".

Poprzedni rekordowy rozwodnik miał bowiem "tylko" 7 byłych żon - podaje BBC.

Mężczyzna, który pobił rekord rozwodzi się średnio co dwa lata, po każdym rozwodzie od razu rozpoczynając poszukiwania nowej narzeczonej.

50-latek przyznaje, że żałuje swojego pierwszego rozwodu, ponieważ od niego rozpoczął się okres nieskończonego poszukiwania nowych doświadczeń małżeńskich.

Pomimo 50 lat,siwych włosów i dużego doświadczenia
jako małżonek, mężczyzna planuje ożenić się po raz kolejny.


Zgodnie z żydowskim prawem, aby się rozwieść mężczyzna musi wydalić żonę z dokumentem mówiącym, iż jest ona teraz dostępna dla innych mężczyzn.

hmmmm, tai pechowiec?
 

nortus
 
Od 1 stycznia w Czechach marihuana i inne narkotyki zostaną zdekryminalizowane, czyli zalegalizowane.

Od dawna czeskie państwo mi imponuje. Mają tam niezłą sieć dróg, także ekspresowych. Świetnie grają w piłkę (porównajcie sobie sukcesy małych Czech i Polski).Nie dają się klerowi(w większości księża to Polacy, i nie oddają kościołowi ziem wartych miliony jak u nas). I teraz jeszcze to zdrowe - moim zdaniem - podejście do narkotyków.


Jak czytam w dzisiejszej Gazecie Wyborczej, Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało "limity bezkarności"  określające, jaką ilość narkotyków można posiadać, nie narażając się na odpowiedzial-
ność karną (m.in. 1,5 g heroiny,do 15g marihuany, do 5 tabletek LSD). A najciekawsze jest to, że Czesi będą mogli uprawiać w domach do 5 krzaczków konopi i do 40 grzybków halucynogennych. Po prostu zalegalizowali rzeczywistość, a nie jak u nas, kiedy coś jest zabronione, to tworzy się szara strefa.
  • awatar Niewypowiedziane myś: chyba przeprowadzę się do Czech ... Polska zawsze 1000 lat za murzynami nie ubliżając murzynom ale tak się potocznie mówi ehhh co za kraj
  • awatar gość: chyba za mojej kadencji legalizacji w Polsce się doczekam. Trochę się wstydzę za nasz kraj, politycy mają typowo staroświeckie poglądy w tych i innych sprawach. Nie mówię już o homofobii i kościele, bo to never ending story, ale polityka zepsuła ten kraj co wyraźnie widać z perspektywy innych narodów.
  • awatar Z Życia Zapomnianej Przez Boga Frajerki: Moja sis powiedziała jak jej to przeczytałam, że po nowym roku mam brać tydzień wolnego i jedziemy do Pragi :D
Pokaż wszystkie (5) ›
 

nortus
 

(Łukasz Woźnicki)

Zielonogórskie schronisko dla zwierząt choć wie, że łamie prawo, wskazuje z imienia i nazwiska człowieka, który porzucił psa. - Bo go skazał na chłód i głód - mówi dyrektor schroniska.


Trafiła do nas Sara, 2-letnia suka w wysokiej ciąży. Błąkała się od kilku dni po Drzonkowie. Wyrzuciła ją pani Jolanta K., zamieszkała w Zielonej Górze.Skazała sukę na śmierć,zaniedbanie i kopniaki przechodniów - czytamy na stronie internetowej zielonogórskiego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt.

Schronisko publikuje pełne dane właścicielki Sary. I choć łamie prawo o ochronie danych osobowych, zamierza wskazywać także po nazwisku właścicieli innych porzucanych psów. - Nasza akcja ma związek z olbrzymią bezczelnością właści-
cieli psów,którym mroźna zima nie przeszkadza wyrzucać psów na głód, chłód i chorobę. Dlatego opublikujemy dane osobowe, zdjęcia z kamer i inne
informacje o takich ludziach. Chcemy, aby dowiedziała się o nich opinia publiczna - przekonuje Monika Wiszniewska,kierownik schroniska


Bo prokuratura nie działa...

Przekonuje, że schroniska doprowadzono do ostateczności. Przed świętami do placówki trafiło więcej zwierząt niż latem. - Każdego dnia od początku grudnia przybywają nam trzy psy. Aktualnie jest ich 215 zwierząt - tłumaczy
Wiśniewska. Miejsc jest na 160.

Schronisko skarży się na straż miejską, która nie chce karać mandatami właścicieli, wypuszczających psy luzem. - Niektórzy wychodzą do pracy i po
prostu wypuszczają psa na osiem godzin. Trafia do schroniska,a my występujemy do straży o ustalenie właściciela.Ta jednak nawet nie każe ich mandatami
Co więcej, właściciele nie chcą zwracać kosztów poniesionych przez schronisko. Mamy wielu takich recydywistów - dodaje kierownik.

Schronisku nie pomaga też prokuratura. Według Wiszniewskiej nagminnie umarza wnioski o ukaranie właścicieli porzucanych zwierząt. - Prokuratorzy umorzyli już 20 naszych wniosków,bo nie spełniają znamion czynu zabronionego.
Zainteresowaliby się sprawami, gdyby zwierzęta zdechły. Tylko dla psów już będzie za późno. Mamy nadzieję, że prokuratura tak łatwo jak sprawy
porzuceń, będzie umarzać sprawy ujawnienia przez nas danych osobowych - denerwuje się Wiszniewska.

Kazimierz Rubaszewski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. - Stwierdzenie, że ktoś porzucił zwierzę,nie wystarczy,aby udowodnić to przed sądem. W br. roku zielonogórska prokuratura rejonowa prowadziła 33 sprawy związane z porzuceniem zwierząt. Sześć zakończyło się aktem oskarżenia, trzy są w trakcie. W dziewięciu przypadkach prokurator odmówił
wszczęcia postępowania, bo miał duże wątpliwości, czy doszło do przestępstwa. Resztę spraw umorzono z powodu braku dowodów, a dwie z powodu
niewykrycia sprawców - przekonuje Rubaszewski. Rzecznik wyjaśnia, że prokuratura już nieraz organizowała spotkania dla stowarzyszeń opiekujących się zwierzętami. - Mówiliśmy, jak zbierać informacje potrzebne w postępowaniu dowodowym - dodaje i przestrzega schronisko przed pochopnymi krokami. - Ujawnienie danych osobowych grozi procesem karnym.Osoba,której dane ujawniono,
może założyć sprawę cywilną, a sąd zasadzić odszkodowanie.

Jeden skazany za psa

Ze spraw o porzuceniu psów, zgłaszanych prokura-
turze przez zielonogórskie schronisko, tylko jedna znalazła finał w sądzie. Mężczyznę, który porzucił własnego psa, sąd skazał na pół roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata i 1 tys. zł grzywny. Kierownik schroniska uważa, że ten przypadek pokazuje, że warto ujawniać dane osobowe. Mężczyzna sam przyprowadził zabiedzonego psa do schroniska. Przekonywał, że znalazł go w lesie przywiązanego do drzewa.
Pracownicy schroniska ustalili, że to był jego pies. - Przyszedł jeszcze do nas z pretensjami, bo sąsiedzi nazywali go mordercą i zwyrodnialcem - mówi Wiszniewska.
---
Brawo, tak należy postępować z bandziorami bijącymi ludzi,z katami zwierząt czy złodziejami. A nie chronić ich dane osobowe.
Brawo Zielona Góra!!!!
  • awatar gość: Bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Powinno to byc jawne, powinnismy wiedziec Jestem ZA!!!!
  • awatar krzyslav: dla mnie sprawa nie jest az taka prosta - facet nie chciał, nie umiał, nie było go stac a może po prostu pies mu sie znudził i nie miał do niego cierpliwosci, odprowadził do schroniska i chyba lepiej niż gdyby przywiązał w lesie do drzewa a że naopowiadał bajek? dla mnie to dowód że mu było wstyd, widac nie zatracił resztek człowieczeństwa, za to wszystko ...został ukarany i napietnowany, teraz on i inni którzy bedą sie chcieli pozbyć zwierzecia bedą sie bali - zabiją, utopią albo wywioza do lasu, czy aby na pewno o to chodzilo?
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @krzyslav: ale dlaczego przyprowadził ZABIEDZONEGO psa. nie chcesz mieć psa, trudno, oddaj go do schroniska lub innym ludziom. W Szczecinie teraz jest inny problem - schronisko nie przyjmuje zwierząt, które mają właściciela. To jest granda, ale wynika z faktu, że schronisko pęka w szwach.
Pokaż wszystkie (9) ›
 

nortus
 

(Aneta Augustyn)


Kościół jest na planie elipsy.
Nie ma śladu po ławkach dla czterech tysięcy osób, po drewnianej chrzcielnicy pośrodku, po wysokich na kilka metrów kryształowych żyrandolach

Nie ma ambony nad ołtarzem ani samego ołtarza - tylko kilka zatartych słów gotykiem i swojskie "kurwa". Jeszcze - "Rafi to huj", męskie przyrodzenia wygrawerowane na barokowym murze i sentencja: "Co ma wspólnego żonka z drzwiami? Jedno i drugie jak nie pierdolniesz, to się nie zamknie".
Dwa rzędy drewnianych empor biegnących wzdłuż ścian straciły kolor, ale zyskały sporo nowych napisów.
Przez dziury w kopule widać drzewa i chmury. Schody na wieżę urywają się w połowie, wieżowe zegary i dzwon znikły.
Posadzka zupełnie wypruta, wśród drewnianych resztek leżą niedopałki i puszki po piwie.

Ktoś wyrwał kamienny portal.
- Piaskowiec, ludzie to biorą do Niemiec. Jest w cenie - objaśnia pani sołtys. - Ale tego Jezusa w koronie cierniowej chyba nie wywiozą?-przygląda się jedynej pozostałej płaskorzeźbie.

Zaczęło się od szyb. - Kierownik szkoły pożyczał nam wiatrówkę i na przerwach biegliśmy całą ferajną na pustą plebanię, bo stamtąd lepiej
celowało się w okna. Płaciliśmy mu od strzału. Ale nie tylko ja strzelałem.

Ryszard Kaprawy,emerytowany nauczyciel polskiego, mieszka w Żeliszowie od zawsze. Pamięta, że do 1956 roku kościół był zamknięty, a klucz był u
organisty.
A potem ktoś otworzył drzwi na oścież i wtedy zabawa zaczęła się na całego.
Biegał tam z innymi dziećmi - chowali się za kolumnami, skubali kryształowe sople z żyrandoli na korale ("dwa żyrandole przeniesiono do kościoła
katolickiego"), wyciągali śpiewniki z szafek zamykanych na kluczyki, myszkowali na chórze ("skórzany miech organów był wielkości tego pokoju").

Dorośli trzymali w świątyni barany i rąbali drewno. - System zawinił, czyli państwo, bo dawał przyzwolenie na dewastację-uważa Ryszard Kaprawy, który od ćwierć wieku do środka nie zaglądał.
Pani sołtys:-Może jakby to było nasze,katolickie, to by tak źle nie było?

Może Ruskie

"Przeto tak mówi Bóg: oto ja kładę na Syjonie kamień, kamień dobrany,węgielny, cenny, do fundamentów założony. Kto wierzy, nie potknie się" - u podstawy kościoła pozostał kamień z wyrytym fragmentem z Księgi Izajasza.

XVIII-wieczną budowlę przypisuje się Carlowi Langhansowi, temu samemu, który zaprojektował Bramę Brandenburską w Berlinie. - To słynne nazwisko i owalny kształt świadczą o wyjątkowości obiektu, na palcach jednej ręki można policzyć dolnośląskie kościoły o podobnie oryginalnej architekturze -przyznaje Wojciech Kapałczyński, jeleniogórski konserwator zabytków. Do rejestru zabytków wpisał go jednak dopiero w 2006 roku.

Wpisu można dokonać na wniosek właściciela, czyli wójta, który tego nie zrobił, lub z urzędu, czyli przez konserwatora.-Mam tylko ośmiu pracowników i dziesiątki tysięcy zabytków do zaopiekowania. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkiego. Poza tym taki wpis jest uciążliwy i kosztowny -2 tys. zł. Dla nas to niemałe pieniądze - tłumaczy zwłokę.

Protestancka świątynia wciąż góruje nad wsią, wysoko, na wzniesieniu.
Ewangelików zawsze było tu więcej. - Nabożeństwa odprawiano przed południem,a potem szło się do restauracji na ciemne piwo i białą oranżadę - Tadeusz Jurczyk miał 15 lat, gdy w 1940 roku trafił tu na roboty z Górnego Śląska (ojciec nie podpisał volkslisty). Restauracje były trzy, jedna z napisem: Polen Zutritt verboten, Polakom wstęp wzbroniony, prócz tego dwie kuźnie,dwie rzeźnie, trzy sklepy, stolarz, kołodziej i piekarz.

Pastor zaczepił go kiedyś: - Evangeliker?
- Katholiker - odparł nastolatek.
- Evangeliker, Katholiker, ein Gott - odparł pastor i zaprosił na nabożeństwo.

- Chodziłem razem z Francuzami, jeńcami, do kościoła katolickiego, ale i do protestantów parę razy zajrzałem. Jak tam było ślicznie: żyrandole, balkony dookolne,biała podłoga, eleganckie organy.

Pracował u bauera Martina Andersa, po kapitulacji przejął jego dom i 25 mórg ("Martin wyszedł ze wsi tylko z jednym plecakiem").

W 1945roku przyjechali pierwsi Polacy ze wschodu, w 1947 wyjechali ostatniNiemcy. Pastor przyszedł do niego z żoną i córką, uściskał na pożegnanie.
Pół nowej, polskiej wsi chciało wyświęcić kościół ewangelicki na katolicki.- I wtedy kilku szatanów durnowatych nie zgodziło się.

"Przecież jeden Bóg", mówił Tadeusz Jurczyk do sąsiadów, którzy wyrywali ławki na rozpałkę. Mówili mu, że chyba z niego Niemiec, skoro ewangelickiego broni. Zaglądał co kilka dni, zawsze czegoś było mniej. - Za serce łapało. W
końcu została się pustka, amen. "Kto to zrobił?", pytali potem Niemcy z NRF, a miejscowi wmawiali, że Ruskie. *Nieprawda,Rosjanie nic nie ruszyli.
Wszystko to Polacy z Żeliszowa*

Może i wynoszono

Dziś we wsi jest 750 osób (pani sołtys: "Co druga w Niemczech w opiece dorabia") i dwa sklepy. Młoda ekspedientka ogląda serial: - Co mnie tam
kościół obchodzi.

- Coś pani, w Polsce nie mieszkasz? - jowialny brodacz rozparł się z butelką piwa na sklepowym krzesełku podpisanym flamastrem: "Ja tu siedzę. Janek". -Nie wiesz pani, że w Niemczech jest moda na te zabytkowe kamyki, co je ludzie z kościoła wyciągali? Wie pani, jak było, komuna. Chodziło się, piszczałki z organów wyrywało. Szabrowanie, przecież to normalne.

-A ja do tego kościoła nie chodził,bo ewangelicki - staruszek w gumiakach ściąga kapsel otwieraczem przymocowanym łańcuszkiem do lady. - Może i co tam
wynoszono, ale ja nie widział.

Brodacz numer jeden: -Dobrze, że nasz, katolicki, udało się odbudować.

Może są jacyś ewangelicy

Na zrujnowanym protestanckim cmentarzu bujnie rozrósł się barwinek, przydaje się na wianki do dekorowania kościoła katolickiego. Pani sołtys chodzi z dziećmi porządkować groby, ale tylko na cmentarzu katolickim. - Boję się,żeby mi tu do dziur nie powpadały - pokazuje wyrwy po ewangelickich nagrobkach.

Do księdza idziemy wspólnie. - Inaczej nie przyjmie. Przestraszył się, że gazeta przyjeżdża, żeby mu tę ruinę dać w prezencie - Olga Burdyna prowadzi na koniec wsi. W gotyckim kościele św. Jana Nepomucena kończy się gruntowny remont.


O kościele ewangelickim ksiądz Romuald Glapa wie tylko, że zaraz po wojnie był nietknięty, zamknięty na klucz, a cmentarz uporządkowany. Czy dałoby się trochę posprzątać niewielką protestancką nekropolię? - Mam we wsi tylko
sześciuset parafian, za mało nas - rozkłada ręce.

- Za darmo dziś nikt robić nie będzie - wtrąca pani sołtys. - No i przecież to bezpańskie.

Mój kościół ma większą wartość,bo średniowieczny.
Tamten nikogo nie obchodzi - dodaje ksiądz. - Nawet nie wiem, czy w okolicy są jacyś ewangelicy.

Żeliszów należy do parafii w Lubaniu, gdzie stoi kościół ewangelicki w dobrym stanie: zaopiekowali się nim ewangelicy z Górnego Śląska, Pomorza,
centralnej Polski, którzy przyjechali tu po wojnie. Odnowili świątynię,chodzą na regularne nabożeństwa. Ks. Cezary Królewicz, proboszcz
ewangelickiej parafii w Lubaniu, nie powie, ilu ma parafian,bo przepisy mu zabraniają.-"Ewangelik to Niemiec", takie łatki przypinano nam po wojnie
na Dolnym Śląsku, m.in. protestantom ze Śląska Cieszyńskiego, którzy przyjeżdżali tu całymi wioskami. Nie było im tutaj łatwo, niektórzy ukrywali się ze swoją wiarą albo stąd uciekali.

Żeliszowski kościół zna tylko z fotografii; nie był tam, ma za dużo obowiązków. - To przykre, ale nie jesteśmy w stanie się tym zająć-kończy pastor

Walter, Hans... - przedwojenni ewangelicy przyjeżdżają do rodzinnego Żeliszowa trzy razy w roku. Zatrzymują się w dawnej plebani, która jest
teraz domem dla pracowników szkoły. Mieszkają u emeryta Jana Buchowskiego (żona, b. dyrektorka szkoły, właśnie jest w Niemczech; dorabia "w opiece").
Spacerują po wsi, przypominają sobie, kto pod jakim numerem mieszkał i jak po nabożeństwie chodzili na piwo do Gasthausu. Hans Brocke był strażakiem,od święta grał na kościelnej wieży na trąbce. Pamiętają, w którym domu mieszkała ta kobieta, co była w ciąży, i nie wiadomo, co stało się z dzieckiem. I jak szukali złota za krzyżem pokutnym w lasku.

- Chodzą i dziwują się, że wszystko tak się w ich Giersdorf rozleciało -mówi Jan Buchowski. - Za mnie to już w kościele organów nie było, a ołtarza
tylko troszeczkę - dodaje. - Dzieciaki tam zawsze w środku wariowały,papierosy paliły na przerwach. A jak szpic na wieży się przechylił, to ktoś
go zdjął i zabrał z niego różne pisma, plany, a nawet jakiś zeszyt.

Może na chwilę

Pani Adela trafiła do Żeliszowa na Dolnym Śląsku w maju 1945 roku. Biegała z innymi dziećmi po kościele; potem bawił się tam jej syn, dziś
50-latek. -Ołtarz był, żyrandole piękne, wszystko na miejscu, tylko księdza brakowało. Nic już nie powiem - zrywa się nagle i wychodzi. Pamięta, że
ludzie brali ławki na gołębniki. Wyciągali, bo ewangelickie. Którzy ludzie? No wszyscy.

Pani Danuta też się bawiła w chowanego w świątyni
- Niejeden wóz we wsi zmontowano z kościelnych podłóg, bo były solidne. Wszyscy widzieli, że się
wynosi, przecież w kieszeni się tego nie schowa.

-Można wnioskować,że ta grabież do chwili obecnej istnieje - dodaje po namyśle.

Może jeszcze szabrują

-Uszczęśliwili nas kościołem na początku lat 90., po komunalizacji mienia państwowego - wzdycha Kazimierz Gawron, wójt gminy Bolesławiec. Próbował
przekazać obiekt dalej: pisał do hierarchów ewangelickich (odmówili, bo nie mają wiernych) i katolickich (odmówili, bo mają własne problemy i nie są dość zasobni). - W ogóle ze świątynią sprawa jest delikatna - dodaje. -Radni powiedzą: nie mamy dróg ani kanalizacji, a ja kościół remontuję?

Wójt przyznaje - kościół jak jajo, w tym jego urok; drugiego tak pięknego i tak zniszczonego w gminie nie ma. Na razie muruje pustakami drzwi i okna,ale zawsze ktoś kilka wyłuska i wciska się do środka.-Może jeszcze chodzą tam po drewno? To jeszcze da się tam wyszabrować.

Wie, że ewangelickie epitafia skuto i gdzieś zabrano. - Nie trzeba daleko szukać tych, co go zniszczyli - uważa. - Jako laik i osoba postronna widzę, że jest źle. Trzeba przyznać, że jako kraj słyniemy z ruin.

Może bogaty pan z Bolesławca

Kto powinien się zająć kościołem?
Pani sołtys: - Może jakieś związki wyznaniowe albo ten bogaty pan z Bolesławca, co ma stację paliw? Albo Niemcy, co tu przyjeżdżają.
Księża: - Przecież to gminy.
Bibliotekarka: - Właściwie ta ruina nikomu nie przeszkadza, stoi sobie.
Nauczyciel: - Konserwator nic nie robi, a wójt obojętny, bo nie ma pieniędzy. Tu pasjonat jest potrzebny.
Wójt: - Może marszałek województwa?

Konserwator zabytków: - Wyślę zalecenia wójtowi. Jest dużo programów unijnych na ratowanie takich obiektów,łatwo można pozyskać pieniądze wspólnie
z polsko-niemieckimi stowarzyszeniami. Na dach, okna, izolację - bez wewnętrznego wystroju - wystarczy milion. Nie może być tak, żeby
Europejczycy nazywali nas wandalami.

Proboszcz ewangelicki: - Środki unijne? Obiecanki-cacanki. Na projekty miękkie to tak, ale to jest bardzo twardy projekt.

Co mogłoby tu być?

Konserwator zabytków: - Świetlica ludowa. Ale na wiejskim zebraniu lud krzyczał, że nie będzie zbierać się w kościele w celach kulturalnych.
Wójt: - Sala gimnastyczna.
Emerytowany nauczyciel: - Sala koncertowa, bo akustyka tam nieziemska.
Pani sołtys: - Kto tu będzie na koncerty chodził?
Proboszcz ewangelicki: - Mam wizje i fantazje, ale jak sobie pomyślę o pieniądzach...
Ksiądz katolicki: - To nie ma szans, za bardzo zniszczone.
Konserwator: - Nigdy nie jest za późno, dopóki stoją mury.
Pan ze sklepu z piwem: - Samo się zawali i już.


Cóż, najłatwiej ukraść ile się da a resztę zniszczyć. Po co wrogie nam elementy mają stać.
  • awatar Anya.: boskie ruiny......
  • awatar krzyslav: i tak to z najbardziej tolerancyjnego kraju europy do którego ciagneli innowiercy z całej europy i swiata by sie tu osiedlic, spolonizować i wnieść swoja cząstke w wielokulturowość naszego narodu, stajemy sie katolicka odmiana talibanu ...eee, szkoda słow
  • awatar pacocreative: Zapraszam do obejrzenia filmu mojego autorstwa o kościele w Zeliszowie. bit.ly/TheChapel
Pokaż wszystkie (5) ›
 

nortus
 

CO ciekawe, co raz okazuje się że wszystko niektórych pojebanych katolików obraża.

Teraz Prokop ma sprawę o obrazę.
Kilka dni temu Rada TV zabroniła nadawania reklam kilku firm, bo użyły kolęd - ale innym firmą pozwoliła na korzystanie z tej muzyki.

Pomijam już jakie problemy prawne mają artyści w Polsce bo jakiś pojebów wszystko obraża, jeżeli nie leży się krzyżem pod drzwiami.

Wyjaśniam od razu, że też jestem katolikiem i mnie to nie obraża.  

Ale to co wyczynia ten człowieczek, szumnie nazywający się sługą - to nie przeszkadza?
  • awatar krzyslav: nie będę deklarował tu wyznania - już konieczność takiej deklaracji poczytuje jako przejaw nietolerancji, mnie reklamy na melodie kolęd irytowały, ale za równie niestosowne uznałbym użycie w reklamach symboli przypisanych zwyczajowo innym wyznaniom, rzecz jest w tym nierównym traktowaniu - znów są równi i równiejsi a temat wypływa jak na ironię w rocznice formalnego upadku prl'u, to jest właśnie przykład umysłów zniewolonych komuną, tyle ze prawdziwego komunizmu u nas nigdy nie było, podobnie jak nie ma prawdziwego kapitalizmu czy demokracji, ale to już temat na osobna dyskusję
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @krzyslav: ja napisałem, żeby mi od razu nie zarzucano że ateista albo mormon. Melodia jak melodia, mi nie przeszkadza. Jeżeli już zakazywać to zabroniłbym puszczania kolęd w sklepach, ale to bardziej żartem. nie potrafimy już odróżniać sfery sacrum od profanum. a jeżeli rada już zabrania to niech zabroni wszystkim, łącznie z radiem M i największym handlarzem śmieciami czyli tow. rydza.
  • awatar krzyslav: @Nortus & Xylia: ależ ja ci nie mam za złe że się zdeklarowałeś jako katolik, problem w tym dlaczego to musiałeś zrobić - i sam sobie odpowiedziałeś, a sacrum i profanum? to pojęcia nieznane naszym specjalistom od dzikiej reklamy, nie raz i nie dwa o tym pisałem, chamy po prostu nie mają za grosz taktu i umiaru, to jest to coś co różni kolędę od pastorałki (tu raczej chirurga od rzeźnika - bez obrazy panowie rzeźnicy) na przykład, wielu starszym tłumaczyłem że anglojęzyczne przeboje piłowane bez umiaru przed swietami to nic innego jak ...pastorałki, prosty podział prawda? a nazwanie dyrektora maybach rydzyka TOWARZYSZEM uważam za kolejny dziś twoj strzał w dziesiątkę!!!
Pokaż wszystkie (4) ›
 

nortus
 
  • awatar gość: Za wiele sie nie zmienila ;)
  • awatar Pupendi.: Moje miasto...a rano to na ulicach i w metrze trzeba się rozpychać i walczyć i drapać żeby przeżyć...
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @McAlessa: uroki wielkiego miasta i braku kultury ludzi :(
Pokaż wszystkie (10) ›
 

nortus
 

Brytyjska loteria państwowa od trzech miesięcy czeka na gracza, który wykupił szczęśliwy los, ale dotąd nie zgłosił się, by odebrać wygrane 3,6 mln funtów. Jeśli nie zgłosi się do 22 marca, pieniądze pójdą na cele dobroczynne.

Jak podaje portal BBC News, los kupiono 23 września w rejonie Inverness w Szkocji. Zwycięskie numery to: 23, 25, 28, 41, 46 i 47.

Rzeczniczka loterii oznajmiła, że jeśli właściciel losu nie zgłosi się po swoją wygraną przed upływem 180-dniowego terminu, pieniądze zostaną przekazane na słuszne cele. Zwycięzca ma czas do godz. 17.30 w dniu 22 marca przyszłego roku, by się ujawnić.
  • awatar Xerkses: to są moje szczęśliwe numery :D
  • awatar krzyslav: W Inverness kilkanaście procent populacji to Polacy! To urocza mieścina u północno-wschodniego końca Loch Ness. Jest wiec wielce prawdopodobne że kupon wart 3,6mln funtów tkwi za okładką jakiegoś polskiego paszportu.
  • awatar Niewypowiedziane myś: yyy mnie by dali ja bym się nie pogniewała :D
Pokaż wszystkie (3) ›
 

nortus
 
15. rok z rzędu najpopularniejszym imieniem nadawanym chłopcom w Wielkiej Brytanii jest Jack. Dziewczynki najczęściej noszą imiona - Olivia.

Organizator badania, klub rodziców Bounty, wybrał spośród 580 tys. dzieci urodzonych na Wyspach po 100 najpopularniejszych imion nadawanych dziewczynkom i chłopcom. Popularne imiona nie biorą się znikąd - rodzice nazywają dzieci imionami celebrytów. W przypadku Jacka chodzi o Nicholsona lub Strawa, zaś Oliwii – o Oliwię Grace.

- Rodzice nadając imiona dzieciom w dużej mierze są pod wpływem kultury popularnej. Chcą, aby ich pociechy nosiły imiona gwiazd filmu, sportu itp. - mówi dziennikowi "Daily Telegraph" Faye Mingo, rzeczniczka bounty.com. Przykładem jest imię Lucas, które skoczyło o 24 miejsca w rankingu i znajduje się na miejscu 15. - To wpływ serialu East Enders, gdzie tak ma na imię bohater grany przez Don Gilet.


15 najpopularniejszych imion nadawanych chłopcom w 2009: 1. Jack 2. Oliver 3. Charlie 4. Harry 5. Alfie 6. Thomas 7. Joshua 8. William 9. James 10. Daniel 11. George 12. Ethan 13. Lewis 14. Max 15. Lucas

15 najpopularniejszych imion nadawanych dziewczynkom w 2009: 1. Olivia 2. Ruby 3. Sophie 4. Chloe 5. Emily 6. Grace 7. Jessica 8. Lily 9. Amelia 10. Evie 11. Mia 12. Lucy 13. Ava 14. Ella 15. Charlotte
  • awatar W Granatowych Kąkola: Ryby i Alfie jakoś mi nie odpowiadają a inne całkiem ładne:)
  • awatar Xerkses: chłopięce żadne ale Amelia dla mnie wymiata :D
  • awatar Nortus & Potworna spółka: a gdzie Szczepan? Przecież tam od cholery naszych rodzi :D
Pokaż wszystkie (6) ›
 

nortus
 

Ostatnio była znowu dyskusja w necie na temat ile zarabiają lekarze.

Oczywiście ci ostatni, wypowiadający się, narzekali jak mało, że mają 1700 zł, że ......
i to nie prawda, że dużo zarabiają.

Ale tak się składa, że główna firma szwedzka która
ściągała polskich lekarzy od pracy w Szwecji zamyka swój oddziała w Polsce bo ... polscy lekarze zarabiają już tyle samo w kraju co w Szwecji i nie chcą jechać do pracy za granicę.

Gdy dzisiaj wpadłem do mojej doktorki i rozmawialiśmy to potwierdziła to samo.

Oczywiście są różni lekarze i różnie zarabiają. Nie każdy ma 15.000 zł miesięcznie ale wielu tak ma - i to bez prac dodatkowych.

Oczywiście na początku zarabiają dużo mniej, ale to chyba oczywiście. Co taki lekarz potrafi zaraz po studiach i stażu. Owszem teorię ma w małym palcu, ale wiedza książkowa to nie wszystko.
Oni się uczą całe życie, ciężka praca i nie zazdroszczę im zarobków.
Ale przez przegięć.
 

nortus
 
cz.2
miałem ją dać później, ale trudno :D

smacznego

A ja jeszcze uwielbiałem Muchomorki robione z jajka na twardo, pomidora, szczypioru i cebulki posadzonego w kromce chleba. Szczypior robił za trawę w lesie. Pychota. Może mi ktoś zrobi?  :D



muchomor.gif



muchomorek jadalny.jpg
  • awatar Xannah: ojej, pamiętam jak mi takie ośmiorniczki mama robiła... kiedy to było:)
  • awatar Xerkses: a właśnie się zastanawiałem czy mam zrobić napad na lodówkę :) dziękuje za natchnienie :D
  • awatar Anya.: przedszkole mi sie przypomniało...mrrr jajeczno-pomidorowe muchomorki...mniam
Pokaż wszystkie (6) ›
 

nortus
 
Japońscy badacze wyhodowali złotą rybkę, która dzięki brakowi pigmentu ma tak przejrzystą skórę i łuski, że można obserwować jej organy wewnętrzne. To kolejne "przezroczyste" zwierzę, wyhodowane po to, by unikać przeprowadzania sekcji, zwłaszcza na lekcjach szkolnych.

- Można zobaczyć żywe serce i inne organy, ponieważ łuski i skóra nie mają pigmentów. Nie trzeba jej kroić. Można zobaczyć maleńki mózg nad czarnymi oczami złotej rybki - wskazuje Yutaka Tamaru, profesor z wydziału nauk przyrodniczych na Uniwersytecie w Mie.

Naukowiec podkreślił, że złote rybki, żyjące około 20 lat, są o wiele większe niż inne ryby dotąd używane do eksperymentów. Mogą osiągnąć długość 25 centymetrów i wagę ponad dwóch kilogramów. "Rybka rośnie i można obserwować ją całe życie" - mówi prof. Tamaru.

Agencja AFP przypomina, że inna grupa naukowców japońskich wyhodowała w 2007 roku przejrzyste żaby. Jak mówi jeden z nich - Masayuki Sumida z Uniwersytetu w Hiroszimie - chcą oni, by te zwierzęta były dostępne w sprzedaży i może to dojść do skutku w 2010 roku.

AFP zauważa, że obrońcy zwierząt domagali się zastąpienia sekcji bardziej humanitarnymi metodami badań - na przykład symulacją komputerową.
  • awatar gość: Wszystkie rozwiazania moga byc, byle nie zabijac i nie meczyc zwierzat .Moze byc nawet przezroczysta rybka , ale faktycznie lepiej symulacja jednak :) <kocham zwierzeta>
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @candace: to miałabyś duże oczko wodne. :D
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 
  • awatar Anette: niestety dopiero do domku dotarłam :)
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @Anette: to ładnie się gdzieś szwendałaś. ładnie to tak? ale dobrze, że już jesteś. miłej nocki, spokojnej - nie ważne gdzie jesteś :*
  • awatar Anette: @Nortus & Xylia: pracowałam niestety :/
Pokaż wszystkie (4) ›