Wpisy użytkownika Nortus & Potworna spółka z dnia 1 września 2008

Liczba wpisów: 2

nortus
 
Witam.

Tak jak na załączonych wcześniej zdjęciach zakończył się mój/nasz powrót do Norwegii.  
Przejechaliśmy aż 80 km od domu. To chyba rekord świata. A jechaliśmy niecałe 2 godziny.

Wyjechaliśmy po 8, oczywiście przez Szczecin nie jedzie się super, jak przez każde miasto bez obwodnic i bezkolizyjnych dróg. Wyjazd trwał z pół godziny. No a w Niemczech co chwila ograniczenia do 50 km/h bo jakaś wioska i miasteczko po drodze. A jechać trzeba zgodnie z przepisami, nie tylko dlatego że mandaty ale to tereny zabudowane. Widziałem jak Niemcy nawet w pędzących mercach zwalniali i jechali równiutko ze znakiem z nazwą miejscowości. Żadnego szarżowania, wygłupiania się jak na polskich drogach, gdy idiocie grzeją i grubo ponad setkę. Pogoda zrobiła się piękna, wyszło już słoneczko, zrobił letni poranek. Po przejechaniu przez Pasewalk wjechaliśmy na autostradę A20 w kierunku Lubeki. Zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu. Ja zjadłem bułkę i wypiłem kawkę a kociak połaził po samochodzie, zwiedzał czasowy domek na kółkach. Za chwilę ruszyliśmy dalej i niewiele dalej zakończyliśmy podróż.

Nie wiem co się stało. Zjechałem na pobocze, bo poczułem że jadę po czymś wyboistym i nierównym. Gdy spojrzałem przed siebie zobaczyłem centralnie słupek i następny słupek zbliżał się nieubłaganie. Wiem, że na liczniku GPSa miałem 111 km/h (tam wolno jechać 130 km/h). Skręciłem w lewo i ..... nie wiem co było dalej. Po śladach widać, że prawym tyłem uderzyłem w następny słupek, centralnie wbiłem się w bandę, obróciło mnie o 360 stopnii (!) i znowu udzerzyłem przodem w bandę i się zatrzymałem. Tu zobazyłem już, że właśnie poszła szyba od strony pasażera i uciekający ogon mojego kotka. Poleciała przed siebie w pole. Ja miałem ręce na kierownicy, od razu się wypiąłem z pasów, zacząłem wołać kota. Momentalnie podeszli jacyś Niemcy z pytaniem o pomoc, o stan zdrowia itd. Ale ze mną było wszystko OK. ZObaczyłem że spod pokrywy silnika unosi sie dym więc chiałem gasić, ale to tylko dym ciepła a nie pożaru. Założyłem kamizelkę żółtą, od razu o nią się pytali NIemcy i trójkąt ostrzegawczy. Ponieważ trójkąta nie mogłem znaleź tak od razu jakis Niemiec swój trójkąt postawi na drodze. Za chwilę podeszła jakaś Niemka, mówiąc że jest lekarzem i może udzielić pomocy - ale nie było potrzeby. Nie zatrzymał się żaden polksi kierowca. Może nikt z Polaków nie jechał a może ....
Żeby byo ciekawiej, może 100 m za mną zderzyły się 2 samochody (zatrzymały się 100 m za mną). Ja pamiętam, że odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem ciekawy obrazek: jechał jakiś bordowy samochów i nie miał prawego koła. Wiem, że pomyślałem taki rozbawiony trochę: ale fajne, samochód jedzie bez koła, jak on to robi? Nie słyszałem nic, żadnego huku, hałasu, hamowania, nic. A przecież grzmot uderzenia w słupek i barierkę, łamania blach Forda czy nawet zderzenia się tych dwóch samochodów obok musiał być wielki. Kiedyś byłem w domu i na koleżanki samochód jadący ulicą wjechał inny samochów wyjeżdżający z osiedla. Miałem zamknięte okna a hałas był olbrzymi. Więc w tych wypadach hałas też musiał być ogromny. Ale moja podświadomość wyparła to całkowicie z pamięci. W każdej chwili mogę jechać samochodem, bez  żadnych zahamowań. Nie mam żadnego lęku czy jakiegoś ograniczenia.

Musze powiedzieć, że Niemcy maja świetną organizację. Przyjechała policja, ale głównie do tamtego wypadku, mnie załatwili przy okazji. Za kilka minut pojawiła się służba czyszcząca na drodze. Dwoje młodych ludzi przyjechał samochodem osobowym, posypali rozlane płyny na jezdni, zamietli i za kilka minut nie było widać, że był jakiś wypadek - poza barierką oczywiście.

Wiem, że zabrzmi śmiesznie ale kontakt z policją w takiej mało miłej sytuacji był przyjemnością. Podszedł policjant, spokojny, ciepły, miły. Zapytał się czy mówię po niemiecku lub angielsku. Poprosił o prawo jazdy, dowód rejestracyjny o dowód osobisty. Polisa go nie interesowała, dopiero później jej potrzebował. Chciałem dać paszport to stwierdził że nie chce, on chce dowód i skrzywił się na słowo paszport. Zapytał miło i spokojnie co się stało. Nie badał alkomatem, nie dawał żadnego protokołu. Tylko przeszliśmy się śladami samochodu. I to wszystko. Miło i spokojnie.
Później przyjechała laweta, zabrała mnie (i pozostałych) do warsztatu w Neubrandenburgu. Poszkodowanym w drugim wypadku wypożyczyli samochód, mercedesa i pojechali gdzieś sobie (to była 5 osobowa rodzinka).
Sholowanie mnie z autostrady i przejechanie jakiś 15 km kosztowało mnie 250 euro. Acha, dostałem mandat 35 euro. Policjant prosił o gotówkę, kart nie przyjmował. Miałem korony norweskie więc podszedł do wozu zapytał się o kurs i powiedział, że to będzie 278 koron. Dałem 300 NOK bo nie miałem inaczej i na otrzymanym mandacie mam napisane, że zapłaciłem 300 norge koron. Co prawda to wyszło 3 euro więcej ale jakie to ma znaczenie. Żadnych problemów. I tłumaczył się, że musi mi dac mandat bo było zagrożenie na drodze. A było, bo przecież gdyby ktoś jechał koło mnie albo za mna to przecież byłaby makabra.

Na szczęscie, czy ja wiem, nic mi się nie stało. Mam tylko lekko zaczerwienioną wewnętrzną stronę ręki od kierownicy chyba. Nic więcej.

Samochód rzecz nabyta, i tak miałem go sprzedać w październiku.

Ale uciekł kociak. W panice i strachu poleciała nie wiadomo gdzie. Dookoła były tylko pola ogrodzone siatką przed zwierzyną. Była w smyczy i obroży, więc widać że uciekła.
Kociak ma wszczepionego chipa i przy obroży w "serduszku" jest kartka w 5 językach, żeby jak ktoś znajdzie kota zadzwonił i podane 2 numery telefonu: mój i norweski oraz języki w jakich można się porozumieć. Mam nadzieję, że gdy ktoś ją znajdzie to zadzwoni i da znać o kocie.
Brakuje mi jej. W domu chcę ją zawołać, chce do niej powiedzieć coś gdy wychodzę z mieszkania, wczoraj wydawało mi się, że gdy byłe przy kompie to ona przeszła koło mnie i zaczepiała swoim żaglem-ogonem po udzie, tak jak to zawsze robiał gdy długo siedziałem w necie i nie zwracałem na nią uwagi.
Brakuje mi jej.
Wróć Kociaczku!
Czekamy na Ciebie!

Nie potrafię wyjaśnić co się stało, co było przyczyną wypadku. Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Napisałem emaila o zaginięciu kota i chcę go wysłać do gabinetów weterynaryjnch w Meklemburgii. Ale nie mogę ustalić żadnych adresów emailowych, sme telefony. Idę zaraz do WOjewódzkeij Stacji Weterynaryjnej, oni powinni mieć jakieś namiary na weterynarzt w Niemczech. Chcę też dać ogłoszenie do gazety lokalnej ze zdjęciem.

Muszę tu podziękować za zachowanie się moich sąsiadów: Jurkowi z żoną Olą i Michałkiem. Dużo mi pomogli w niedzielę. Dziękuję.

O zachowaniu Polaków, pośrednio związanym z wypadkiem opiszę później.
  • awatar greerwebia: Jak ma czipa to się znajdzie. Witaj z powrotem w Polsce ;/
  • awatar Nortus & Potworna spółka: Okazuje się, że polskie chipy możemy sobie włożyć do czipy. W EU są nieznane i nie mają żadnego znaczenia. A u nas robi się aferę że wszystko ma być chipowane.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 
Kraj paranoi.

Przygotowałem sobie tekst do lekarzy weterynarzy niemieckich i chciałem go wysłać wraz z fotką kotka do nich żeby poinformowac o sytuacji i przyspieszyć odnalezienie kota.
Nie mogłem znaleź w necie adresów emailowych weterynarzy, pomijam już fakt że u nich nie ma weterynarzy tylko tierartz a pod hasłem znanym na całym świecie (w różnych odmianach) weterynarz to owszem jets takie słowo ale nieużywane praktycznie
Więc pomyślałem sobie, chyba logicznie, że jest przecież województwa izba weterynaryjna i ona powinna mieć adres i namiary na izbę w Niemczech a przynajmniej w najbliżsyzm landzie. No bo jeśli wściekły lis z Polski pójdzie na obiad do Niemiec to chyba współpracują ze sobą. A tu się okazuje, że oni nic nie mają i nie wiedzą. Miła pani poszukała nawet w archiwum ale nic nie znalazła. Więc jak lis pójdzie do Pasewalku to chyba prezydenci ustalają co robić? Bo izby branżowe nie

Skontaktowałem się z miłą Panią doktor weterynarii w Lubieszynie i ta dała mi namiary na kogoś co kiedyś był w takiej sytuacji. Niestety okazało się, że jedyne wyjście to jechać OSOBIŚCIE do najbliższego miasta w Niemczech i w urzędzie zgłosić fakt poszukiwania zwierzaka. Bo okazuje się, że polskie chipy sa nieznane w Niemczech i nic ich nie obchodzą. Gdy znajdą zwierzaka szukają czipa i jesli nawet znajdą taki polski to wszczepują swój, oddają na miesiąc do schroniska tam gdzie znajdą i jak nikt się nie zgłosi w ciagu miesiąca to wysyłają zwierzaka na drugi koniec Niemiec i tam oddają komuś do adopcji. To na cholerę czipować psy i koty skoro to do niczego się nie nadaje? Po co koszty i stres zwierzaka? Na cholerę cała procedura i wielkie wymagania: czip takiego rodzaju a nie innego, takiego a takiego producenta, o takich a nie innych parametrach itd ? Kpina nie europejski kraj.
W efekcie będę musiał znaleź kogoś co zna niemiecki, ja tego języka kiedyś się uczyłem i dobrze znałem ale znienawidziłem totalnie przez ich cholerne słowotwórstwo i co chwilę wymyślanie nowych zwrotów. Normalnie jak w Polsce za Gierka. WTedy nie było w Polsce np. krawatów tylko były zwisy męskie, kapcie to były podłóżniki, a żyrandol to był zwis 2-3-5 ognisty. Niemcy mają taką manie nadal. A że nie chcą rozmawiać po angielsku (rozumiem że w odróżnieniu od Polaków oni szanują swój język, nie nazywaka mleka milk a byle budy na ulicy center...) ale są sytuacje kiedy nawet Polak stara się jakoś porozumieć z cudzoziemcem i mu pomóc, Niemcy niestety nie. Udają, że nie rozumieją dla zasady. Taki ich urok.