Wpisy użytkownika Nortus & Potworna spółka z dnia 22 sierpnia 2008

Liczba wpisów: 12

nortus
 

Witam.

Świeci słoneczko, cieplutko już jest i będzie chyba miły dzień.

Teraz po kawce przejadę się do lekarza na ostatni przegląd układu wewnętrznego mojego wozika. Musi miec siły biedaczek bo czeka go męczący tydzień.

Kociak nakarmiony, pan również, więc czas rozpocząć dzień.

Na poczatek

Chwasty tygodnia z kuriera:

Prezydent prezydentem, ale z ciocią trzeba się najpierw przywitać - powiedział po wylądowaniu na goleniowskim lotnisku złoty medalista
olimpijski Konrad Wasielewski, który - jak widać - ma właściwą hierarchię wartości i prezydent Szczecina musiał znaleźć swoje miejsce w szyku.
Najpierw rodzina, a potem władza!

* * *

Firma PHU EM-GAZ ze Szczecinka wciska mieszkańcom Szczecina detektory gazowe za 300 zł, które mają wyłączyć główny zawór gazu, w przypadku gdyby ten się ulatniał. Takie same urządzenia są w sklepach po 50 zł, ale przecież szef firmy musi zarobić na zagraniczne wczasy, na które się wybrał i z
dziennikarzami na temat nabijania ludzi w butelkę nie mógł rozmawiać.

* * *

Nieco przesadził właściciel sklepu monopolowego w Rewalu (tuż obok boiska piłkarskiego), który za 200-gramową flaszkę "Absolwenta" chce aż 13,85zł. Zbiesił się czy co? - jak mawiał Pawlak (bohater filmu "Sami swoi").

* * *

Trener szczecińskich pływaków Mirosław Drozd, po kiepskich występach swoich podopiecznych w Pekinie, powiedział, że stroje, jakie mieli nasi zawodnicy od firmy "Diana", były kiepskiej jakości. W jednych miejscach były ciasne, a
w innych luźne, przez co tworzyły się w nich pęcherzyki powietrza. To przed olimpiadą nikt tego nie zauważył i nie protestował? Aż ciśnie się na usta powiedzenie o baletnicy i jej spódnicy.


Miłego dnia
  • awatar greerwebia: Wiadomo było, że tak będzie. Ciapowatość niekyórych sportowców będą usprawiedliwiać złymi strojami, które przed igrzyskami chwalono jako najlepsze w historii naszych reprezentacji. Och Ci złoci medaliści walczyli nie tylko z przeciwnikami, ale też z tymi okropnymi i cholernie niewygodnymi dtrojami, nie no szacun ;)
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 

Telemegafon . Bergskletten . Dalsfjord . telefon . Norwegia

Jeśli ktoś lubi zabawy z echem, chciałby wykrzyczeć, co mu leży na sercu albo trochę poeksperymentować z głosem, nadarza się wspaniała okazja. Od 2 sierpnia do 6 września na szczycie góry Bergskletten nad fiordem Dalsfjord w
zachodniej Norwegii działa nietypowa instalacja: Telemegafon. Z wyglądu przypomina on staroświecki radiowęzeł. By z niego skorzystać, wystarczy z
dowolnej części świata wykręcić (lub wystukać) numer 04790369389.

Elementy konstrukcji nie dostały się na szczyt helikopterem. Wniosło je tam 8 ochotników, w tym kobiety. Pomysł zrodził się w głowach pracowników studia projektowego Unsworn Industries z Malmö, którzy zastanawiają się teraz, kto będzie dzwonił i w jakiej sprawie: nastolatki ze złamanym sercem, norweskie zespoły metalowe, wypróbowujące brzmienie swoich najnowszych kawałków czy
może lokalni politycy, odczytujący protokoły z ostatniego posiedzenia rady miejskiej. Gdy ktoś rozpoczyna nadawanie komunikatu, zapala się specjalne światełko sygnalizacyjne. Zupełnie jak podczas audycji radiowej...

Telemegafon ma działać do 6 września, ponieważ wtedy rozpoczyna się sezon polowań na jelenie. Wszyscy mają jednak nadzieję, że idea swobody wypowiedzi na tak wielką skalę spodoba się użytkownikom i po krótkiej przerwie
konstrukcja znowu zacznie działać.



Jak to naukowcy, zawsze wymyślą coś, niekoniecznie mądrego.
 

nortus
 

Wybudowali na lotnisku drogę

Władze Piły kilkanaście lat zastanawiały się, jak by tu wybudować miejską obwodnicę. I w końcu wybudowały ją na środku lotniska - pisze "Fakt". Teraz samochody lawirują między samolotami kołującymi na pasy startowe.


"Uwaga! Przejazd dla samolotów!" - taki znak stanął na pilskiej obwodnicy. Droga dopiero co została oddana do użytku, ale jeżdżą nią nie tylko samochody, ale i awionetki. Władze Piły są z niej dumne. A kierowcy są nie tylko zirytowani, ale i przerażeni.

"Jedzie sobie człowiek autem, a tu nagle drogę mu przecina przejeżdżający przez obwodnicę samolot. O co tu chodzi?!" - dziwi się w "Fakcie" Elwira
Kuźniak , która tą drogą jeździ dwa razy dziennie. "To już nie można budować normalnych dróg?!" .

Władze miasta nie widzą w tym niczego niezwykłego.
"Obwodnica powstała zgodnie z projektem. Nie można było wybudować jej inaczej, ale postawiliśmy znaki i sygnalizację świetlną, którą za jakiś czas uruchomimy" - tłumaczy wiecepre-zydent Piły Jerzy Wołoszyński. Znak jest, ale czy droga dla samochodów powinna przecinać lotnisko?

Reporterzy "Faktu" próbowali ustalić, kto jest autorem tego pomysłu. Pytali urzędników, drogowców, policjantów. Ale nikt nie chce się do niego przyznać.


Może to pomysł na wybudowanie tych setek kilometrów autostrad w Polsce. Tylko lotnisk mamy trochę za mało. Ale co tam .....
  • awatar greerwebia: Może i dobrze, że u nas przeciąga się budowa lotniska na Ktywlanach (tzn remont i budowa terminalu) bo strach myśleć ;D
  • awatar krossiak wałcz: Normalnie międzynarodowa droga:PNAwet samoloty nią jeżdżą.No co trzeba LECIEĆ po kosztach:P
  • awatar gość: E ja tam przejeżdżałem jak budowali
Pokaż wszystkie (3) ›
 

nortus
 

Czego brakuje polskim dzieciom

Jak wygląda system opieki nad dziećmi? "Polska zajmuje pod tym względem jedno z ostatnich miejsc w Europie" - pisze DZIENNIK, który sprawdził stan
opieki nad dziećmi pod względem refundacji, dożywiania czy urlopów tacierzyńskich.

1. Zasiłki rodzinne

Należą do najniższych w Europie. Do zasiłku na dziecko uprawniona jest rodzina, której dochody nie przekraczają 504 zł netto na osobę. Sam zasiłek to zaledwie 48 zł miesięcznie na dziecko do 5. roku życia, a 64 zł na dziecko powyżej 5. roku życia. Rodzice dzieci niepełnosprawnych dostają 420 zł. Na dodatek bardzo łatwo stracić uprawnienia. Spotkało to Dorotę, samotną mamę dwojga dzieci. Gdy dostała w pracy podwyżkę, dochód na jednego członka rodziny wyniósł o 70 zł za dużo. Straciła nie tylko zasiłek rodzinny, ale i zaliczkę alimentacyjną oraz wszystkie dodatki, jakie dostawała na dzieci.

2. Dożywianie

26 proc. dzieci żyje w ubóstwie lub na jego skraju. Niedożywienie dotyczy aż 32 proc. dzieci w Polsce (co dziesiąte nie kwalifikuje się do pomocy społecznej, czyli nie jest objęte pomocą państwa). Z danych GUS wynika, że prawie połowy rodzin nie stać na zjedzenie przynajmniej raz na dwa dni posiłku, w skład którego wchodziłoby mięso, drób czy ryba. Zdaniem ekspertów niemal co trzeci uczeń rozpoczyna naukę bez śniadania. Niełatwo jest pomagać takim dzieciom, bo od darowizny trzeba zapłacić podatek VAT.

O tym, że próby pomocy są utrudniane przez państwo, świadczy przypadek piekarza z Legnicy, który zbankrutował, bo skarbówka kazała mu zapłacić gigantyczny podatek od darowizn w postaci bochenków chleba przekazywanych
m.in. domom dziecka.

Jak to jest w Europie? Polska wypada najgorzej na tle innych krajów unijnych. Podobny procent dzieci żyjących w ubóstwie jest tylko w Rumunii.

3. Przedszkola

W Polsce do przedszkola chodzi najmniej w Europie dzieci. Takich placówek nie ma w aż 3/4 gmin wiejskich. W miastach (2006 r.) do przedszkoli
uczęszczało 62 proc. dzieci w wieku 3 - 5 lat (dostępność się poprawia, z 40 proc. do ponad 60 w ciągu 10 lat), na wsiach - 19 proc.

Do żłobków trafia 2 proc. dzieci. Źle wpływa to na sytuację matek na rynku pracy. Niedawno jedna z gazet opisywała przypadek Agnieszki Kubanek z
Bydgoszczy, matki 1,5-letniej Jaśminy, która z powodu braku miejsc w żłobku nie mogła pójść do pracy. W jej mieście jest 410 miejsc w żłobkach, podczas gdy na liście rezerwowej czeka 500 dzieci.

Jak jest w Europie? W UE miejsca w żłobkach ma zapewnione 30 proc. dzieci. Polska to jeden z nielicznych krajów UE, gdzie wczesna edukacja nie jest finansowana przez państwo.

4. Urlopy dla ojców

W Polsce tylko 2 proc. ojców zostaje z niemowlakiem. Urlop tacierzyński trwa 2 tyg. w przypadku pierwszego dziecka, 4 tyg. w przypadku kolejnego i 12 tygodni - jeżeli urodziło się więcej niż jedno dziecko przy jednym porodzie.
Ale tylko gdy matka wykorzystała co najmniej 14 tygodni. Przepisy są pełne absurdów. Z jednym z nich zmagał się mąż Agaty Mróz, który nie mógł
skorzystać z urlopu tacierzyńskiego, gdy jego żona - matka dziecka - pozostawała w szpitalu. Powód?Matka była właśnie na urlopie macierzyńskim.

Jak jest w Europie? W Szwecji z urlopów tacierzyńskich korzysta 28 proc. ojców, w Holandii - 16, Wlk. Brytanii - 10, w Słowenii - 10 proc.

5. Rodzinne domy dziecka i rodziny zastępcze

Jest ich za mało. W domach dziecka przebywa 25 tys. dzieci. Co trzecie jest tam z powodu biedy. Na utrzymanie jednego państwo przeznacza ok. 1700 zł miesięcznie. 92 proc. dzieci z domów dziecka ma opóźnienia rozwojowe, a 73 proc. opóźnienia edukacyjne.

Rodzinnych domów dziecka jest 270. I ubywa ich z powodu nieprzychylności urzędników. Mieszka w nich 2252 dzieci(8,5 proc.wszystkich pozbawionych
opieki rodziców). Z badań wynika, że co trzecie z nich trafia na studia.

O tym, że rodzinne domy dziecka są dużo lepsze dla rozwoju dziecka, świadczy historia 3-letniego Jacka. Kiedy był w domu dziecka, nie mówił i uważano, że jest opóźniony rozwojowo. Gdy znalazł się w rodzinnym domu dziecka, zaczął się rozwijać. Dziś mówi, potrafi śpiewać do rytmu.

Jak jest w Europie? W Wielkiej Brytanii małe dzieci wychowują się w rodzinach zastępczych. Domy dziecka są przeznaczone dla starszych,
zaburzonych rozwojowo dzieci. Sierocińców dla maluchów nie ma też w Islandii, Norwegii i Słowenii.

6. Refundacja leków

Większość drogich leków nowej generacji nie jest refundowana. Narodowy Fundusz Zdrowia czasem przyznaje terapię niestandardową. Miesięczny koszt waha się od 300 do 600 zł. A na leczenie rzadkich chorób genetycznych może liczyć niespełna 60 dzieci.

Na leczenie nie doczekał się 13-letni Rafałek z Wielkopolski cierpiący na mukopolisacharydozę, któremu choroba stopniowo niszczyła organy. Rodziny nie było stać na terapię, której roczny koszt wynosi ponad milion złotych.

Jak jest w Europie? Synagis jest refundowany wszędzie poza Węgrami, Estonią, Łotwą i Polską, dozymetr (lek na genetyczną chorobę Pompego) - wszędzie poza Walią i Polską, lantus (innowacyjna insulina długo działająca) - wszędzie (na różnych zasadach) oprócz Polski.

7. Szpitale

Brakuje miejsc w lecznicach dziecięcych, na oddziałach specjalistycznych:
kardiologicznych, nefrologicznych,neurologicznych i pediatrycznych, oraz stanowisk do intensywnej terapii noworodków (np. w Warszawie jest tylko 25
miejsc intensywnej terapii wcześniaków). Ich stan sanitarny jest słaby. Stąd częste przypadki zakażeń i sepsy u najmłodszych pacjentów. Za mało jest miejsc na oddziałach położniczych (w Warszawie w tym roku 1,5 tys. kobiet będzie musiało szukać miejsca na porodówce. W innych miastach jest podobnie). Szwankuje opieka nad kobietami w ciąży (w 2006 roku zmarło w Polsce 2200 noworodków, prawie połowę z nich można było uratować). Brakuje sprzętu medycznego, w szpitalach pobiera się nielegalne opłaty za
świadczenia związane z opieką nad ciężarną i niemowlęciem.

Niedawno DZIENNIK opisywał przypadki odsyłanych kobiet z oddziałów położniczych. Np. pani Lucyny nie przyjęto na porodówce w Warszawie i z
zagrożoną ciążą odesłano do Siedlec. Tu urodził się wcześniak, którego szpital z braku specjalistycznego sprzętu musiał odesłać do jeszcze innej placówki.

Jak jest w Europie? Według brukselskiego ośrodka Health Consumer Powerhouse polska służba zdrowia zajęła w zeszłym roku 27. miejsce w rankingu badającym jakość europejskich systemów opieki zdrowotnej przed Bułgarią i Łotwą.
  • awatar greerwebia: Nie wiedziałem, że jest tak źle :(
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 

Więcej życia jest chyba na Marsie. W internecie można zobaczyć amatorski filmik, na którym kilku polskich budowlańców robi z łopatami wszystko, żeby się nie przemęczyć. Można mieć tylko nadzieję, że to nie jakaś inwestycja związana z Euro 2012. Jedno jest pewne. Tych panów nie wolno zatrudniać do budowy stadionów.


W taki tempie obiekty sportowe powstałyby chyba dopiero w roku 2036, jeśli tym panom w ogóle udałoby się coś zbudować. Budowlańcy prezentują zupełnie nowatorski sposób operowania łopatami.

Na żadnej innej budowie świata z pewnością by na to nie wpadli. Po co dźwigać piasek? Jest przecież prosty sposób na ominięcie grawitacji i nie przemęczanie mięśni rąk.

Ci panowie dają stuprocentową gwarancję, że przez długi czas w miejscu, w którym się leniwie poruszają, długo nic nie powstanie.


www.smog.pl/(…)polscy_robotnicy_na_budowie_dobre…
  • awatar kinka75: Niesamowite fotki
  • awatar greerwebia: Tu powinieneś przypomnieć artykuł o Chińczykach na polskich "budowach". Ściągajmy ich jak najszybciej xD
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 

Prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, złapał złodzieja kradnącego kabel z budowanego właśnie nowego gmachu tej placówki. Zamiast wezwać policję, zaprosił 16-latka do szpitala, aby pokazać, że kable takie, jak ten kradziony, są niezbędne do ratowania życia pacjentów.

Władze Zabrza przekazały szpitalowi działkę, rozpoczęła się budowa nowej siedziby SCCS, ale choć terenu pilnuje kilku strażników, nawet kilka razy w tygodniu kradzione są lub niszczone kable, rury i blacha.

Prof. Zembala postanowił w końcu sam wziąć się za złodziei i przez dwa tygodnie osobiście czuwał na budowie. Pewnej nocy przyłapał 16-latka
kradnącego kabel. W pierwszej chwili lekarz miał nadzieję, że wystarczającą karą dla chłopca będzie ostra rodzicielska reprymenda, ale srodze się zawiódł...

- Ojciec nastolatka był pijany, a na wiadomość, że syn dopuścił się kradzieży, wzruszył tylko ramionami: "On ma swoje lata i co z tego, że
czasami coś ukradnie! Jak kiedyś kabel sprzedał za 150 złotych, to dał mi na wódkę"  - zrelacjonował Gazecie Wyborczej zaskoczony kardiochirurg.

Nie dał za wygraną. Po rozmowach z mieszkającymi w pobliżu budowanego szpitala innymi nastolatkami, domyślił się, kim są trapiący go złodzieje: - Zrozumiałem, że okradają nas 14- i 15-latki, że traktują to jak rodeo, rodzaj sportu. Rywalizują między sobą, który okaże się bardziej zuchwały, zaś dorośli przymykają oko.

16-latkowi przyłapanemu na gorącym uczynku prof. Zembala obiecał, że nie zgłosi sprawy na policję jednak pod warunkiem poprawy. Potem zaprosił go do szpitala. Profesor pokazał mu aparaty podtrzymujące ludzkie życie i wyjaśnił, że pracują na takich kablach, jakie on kradł z budowy. - Nastolatek wszedł do dwóch sal, do trzeciej już nie chciał. Widziałem, że sumienie go ruszyło - opowiadał Zembala.

Postanowił pójść za ciosem i poprosił o pomoc zabrzańskich księży. W kilku kościołach odczytano już list Zembali. "Zwracam się z gorącą prośbą o apel do sumień. (...) musimy wspólnie wychowywać młodych ludzi, dawać im dobre przykłady i uczyć, że tradycją ziemi śląskiej jest umiłowanie pracy,
uczciwość i budowanie, a nie niszczenie" - napisał w liście.




Może jest to jakaś metoda. Oczywiście tysięcy złodziei się nie nauczy praworządności ale kropelka drąży skałę. Od czegoś trzeba zacząć.
  • awatar greerwebia: Sprytne, na pewno podziała lepiej niż odwózka gościa przez policję do domu, kara finansowa, czy areszt (choć nie wiem czy za kradzież z budowy zamykają w areszcie i od jakiego wieku).
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 
10 banków oszukuje, wydając karty płatnicze

Aż 10 banków oszukuje klientów, wmawiając im, że trzeba ubezpieczyć się od kradzieży kart. Jeśli ktoś nie chce tego zrobić, to bankowcy grożą,
że za szkody wyrządzone przez złodzieja odpowiada okradziony. To skandal, bo prawo mówi wyraźnie, że po zgłoszeniu kradzieży za złodziejskie transakcje już nie odpowiada klient. W dodatku cała jego odpowiedzialność finansowa nie może przekroczyć 150 euro.

Gdy ktoś nam ukradnie kartę kredytową i zdąży coś ukraść przed naszym pójściem do banku i na policję, to teoretycznie nie powinniśmy zbankrutować.

Po pierwsze, jeśli szybko zareagujemy, złodziej nie zdąży wykonać dziesiątek drobnych zakupów (większe operacje są zazwyczaj autoryzowane przez bank).

Po drugie, jeśli złodziej wpadnie na pomysł, by przelać pieniądze gdzieś na zagraniczne konto, według prawa, złodziejska operacja musi być anulowana, a koszty transakcji bank weźmie na siebie.

Niestety, to tylko teoria. W praktyce wygląda to tak, że koszty złodziejskich transakcji zazwyczaj ponoszą klienci. "Gazeta Prawna" pisze, że banki przenoszą tę odpowiedzialność na nasze barki w bardzo sprytny sposób. "Korzystając z nieznajo-mości prawa swoich klientów, narzucają im
płatne ubezpieczenie, które ma ich uchronić od odpowiedzialności za transakcje dokonane przez osoby nieuprawnione" - pisze "Gazeta Prawna".

"Klient nie ma alternatywy i musi dodatkowo płacić za pozornie rozszerzoną odpowiedzialność banku, nie mogąc skorzystać bezpłatnie z ochrony
zagwarantowanej ustawą" - tłumaczy w "Gazecie Prawnej" Anna Halczuk-Izydorczyk z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni.

I na nic tłumaczenia klientów, że nie chcą się ubezpieczać, bo przecież prawo chroni ich w przypadku kradzieży. Tymczasem ludzie mają prawo czuć się bezpieczni nawet bez ponoszenia kosztów ubezpieczenia. Świetnie tłumaczy to Łukasz Kajda, prawnik z Kancelarii BBK z Katowic. "Zgodnie z prawem przyjmuje się, że odpowiedzialność posiadacza do momentu zgłoszenia przez niego wydawcy faktu utraty karty jest ograniczona do
równowartości 150 euro" - mówi Kajda. Dodaje, że po zgłoszeniu kradzieży w ogóle nie ponosimy odpowiedzialności.

Mało tego, "Gazeta Prawna" przestrzega przed pożyczaniem swoich kart żonie lub mężowi. Zdaniem gazety, banki wykorzystują ten fakt, by w przypadku kradzieży obciążyć klientów kosztami. Według autorów tekstu, bankowcy twierdzą, że jeśli ktoś pożycza karty "obcym" ludziom, to znaczy, że nie potrafi utrzymać w tajemnicy swojego kodu PIN. A jeśli tak, to w przypadku
kradzieży sam jest sobie winien.



I tak wciskając kit można okradać ludzi zgodnie z prawem. A że jeszcze na dodatek banki nakazują  ubezpieczać się w firmach, w których mają udziały więc mają podwójny zysk.
Ale nieznajomość prawa szkodzi, ktoś kiedyś powiedział tak mądrze. Ale czy on potrafiłby poznać uroki polskiego prawa?
  • awatar greerwebia: Nie zmienia to faktu, że gdyby ludzie patrzyli co podpisują, na jakich zasadach to wyzyskiwacze nie daliby rady tak łatwo oszukiwać klientów (nie chodzi tylko o banki).
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 
Przegraliśmy wszystkie cztery szanse
»
To miał być dzień naszych kajakarzy. Polacy, którzy z mistrzostw świata i Europy przywożą medal za medalem, mieli potwierdzić klasę w Pekinie. Niestety, z pierwszych czterech medalowych szans nie wykorzystaliśmy żadnej.

Najbliżej podium były nasze panie w K4 na dystansie 500 metrów. Beata Mikołajczyk, Aneta Konieczna, Edyta Dzieniszewska i Dorota Kuczkowska skończyły jako czwarte. O tym, że Polki przegrały medal, zadecydowało kilkanaście centymetrów. Trzecie Australijki wyprzedziły naszą osadę o 0.048 sekundy.

Po niespełna kwadransie wystartowała nasza dwójka kajakowa w składzie Adam Seroczyński, Mariusz Kujawski. Polscy reprezentanci przegrali medal brązowy z Włochami, którzy wyprzedzili ich 0.078 sekundy. Kolejny medal przepadł.

Po nich na torze w C2 na 1000 m pojawili się Paweł Baraszkiewicz z Wojciechem Tyszyńskim. Tu już nie można mówić o pechu. Polacy, którzy w Sydney na dystansie o połowę krótszym mieli srebro, w Pekinie linię mety minęli na dalekim, siódmym miejscu.

Niestety, niewiele lepiej spisała się nasz czwórka na dystansie 1000 m, Polacy w składzie: Marek Twardowski, Tomasz Mendelski, Paweł Baumann, Adam Wysocki zajęli szóste miejsce


A za to norwedzy mają kolejny srebrny medal  w kajakarstwie.
 

nortus
 
Ojcec dyrektor zatrudni Jana Szyszkę

Rydzyk z ministrem zbiorą miliony!!!!!!!!!!!

Słuchacze Radia Maryja będą mogli usłyszeć całą prawdę o inwestycji geotermalnej ojca Tadeusza Rydzyka i powodach odebrania 27 milionów złotych dotacji na ten cel. Opowie o tym między innymi minister rządu PiS - Jan Szyszko. We wrześniu ruszają wykłady i zbiórka pieniędzy.

"W związku z dyskryminowaniem nas przez rządzących od września w soboty i niedziele proponujemy robienie spotkań biur i kół przyjaciół Radia Maryja dla poszczególnych okręgów na wzór spotkań opłatkowych" - ogłasza redemptorysta na antenie rozgłośni.

Problem będą referować: specjalista od geotermii prof. Ryszard Kozłowski i Jan Szyszko, który jako minister ochrony środowiska w rządzie PiS umożliwił redemptoryście otrzymanie 27 mln zł dotacji na odwierty koło Torunia. Ostatecznie o. Rydzyk tych pieniędzy nie dostał, bo rząd PO stwierdził, że prowadząca inwestycje fundacja Lux Veritatis nie wywiązała się z umowy. Mimo tej negatywnej decyzji nie ustaje jednak w wysiłkach, aby dowiercić się do gorących źródeł. W lipcu zaapelował do słuchaczy Radia Maryja o zbiórkę na ten cel, a na stronie internetowej stacji pojawił się numer konta, na który można wpłacać ofiary.

Jego plan jest prosty: gdyby 2 mln 700 tys. osób ofiarowało po 10 zł, to udałoby się zebrać 27 mln zł potrzebnych na pierwszy odwiert. Jak widać, pisze DZIENNIK, na razie apel nie przyniósł rezultatu, skoro redemptorysta postanowił zbierać pieniądze w czasie bezpośrednich spotkań w biurach rozgłośni rozsianych po całej Polsce.

Według specjalistów determinacja o. Rydzyka jest uzasadniona, bo geotermia to doskonały interes, na którym można zarobić kilka milionów złotych rocznie.




I znowu ten wredny antypolski rząd. A biedny ojciec dyrektor ujawni światu prawdę o prześladowaniach biednego kościoła i Rydzyka przez antypolaków, niewiernych synów Privislanskiego Kraja.
Ale widać i moherki jakoś przestają słać tak worki z pieniędzmi skoro ojczulek robi spotkania opłatkowe a tacą w ręku.
 

nortus
 

Każdy mężczyzna jak Tarzan chciałby przemknąć na linie z drzewa na drzewo albo przejść nad przepaścią po moście linowym.

Te marzenia można zrealizować w Kołobrzegu i o czym redakcja nie wie ale również w Koszalinie.

Park linowy znajduje się w parku przy Regionalnym Centrum Kultury. Działa od 17 lipca i są w nim trzy trasy o różnym stopniu trudności i długości: 150 m, 200 m i 300 m. Przejście każdej z nich zajmuje średnio ok. pół godziny. Piotr Dolisz, współwłaściciel, mimo że chciałem zacząć od
najtrudniejszej trasy (znajduje się 10 m nad ziemią), na początek poradził mi średnią, rozpiętą na wysokości do ośmiu metrów. Początek to obowiązkowe przeszkolenie, m.in. jak przepinać karabinki z zabezpieczającymi linkami, bo przez cały czas trzeba być przypiętym dwoma linami, które w razie błędu nie pozwolą nam spaść.

- Karabinki to najlepsza broń do walki z wysokością, jakby to powiedział inżynier Karwowski - wyjaśnia Piotr Dolisz. - Jest to bezpieczna zabawa i nie mieliśmy tu żadnego, nawet niegroźnego wypadku. Przychodzą do nas całe
rodziny, chociaż najczęściej to synowie i ojcowie wchodzą na liny, a matki raczej obserwują i robią zdjęcia. Inna rzecz, że wyższy poziom adrenaliny
mają kobiety na ziemi...

Wchodzę drabinką linową na wiszącą osiem metrów nad ziemią platformę. Przepinam karabinki i już (z lekkim ociąganiem, bo jednak nie jest to takie
łatwe) jadę na linie do oddalonego o kilkanaście metrów drzewa. W drodze obróciłem się i lekko uderzam plecami w obite materacami drzewo. Dalej czuję się trochę pewniej i zabawa jest jeszcze lepsza. Przechodzę m.in. linę Tarzana, przejście po sieci, oponach, moście niczym z Indiany Jonesa i (to nie żart) jadę deskorolką na rozpiętej między drzewami linie. Rewelacja!

-Poszło ci całkiem dobrze.Tempo miałeś ekspresowe- chwali mnie Piotr Dolisz.

Ojcowie też o tym marzą

W parku linowym spotykam rodzinę Grzegorzewskich z Łodzi. Po linach najtrudniejszej trasy chodzi najstarszy - 13-letni syn Piotr. Z ziemi
kibicują mu rodzice Anna i Andrzej oraz młodszy brat Paweł, który wcześniej zaliczył średnią trasę.

- Najtrudniejsze i najstraszniejsze były długie zjazdy, bo bałem się, że uderzę w drzewo. Ale to świetna zabawa. Polecam - zachwala Paweł
Grzegorzewski.

- Dziś synowie, a jutro ja przejdę trasę. Trzeba stopniować przyjemności - mówi Andrzej. - To wspaniała alternatywa dla leżenia na plaży.

Na liny nie da się namówić tylko pani Anna: - To nie dla mnie. Boję się.

Zobaczyłem w telewizji i zrobiłem

Właścicielami parku jest rodzeństwo: Agata Ziętek i Piotr Dolisz.

- Zobaczyłem w telewizji taki park i zamarzyłem, żeby zrobić coś takiego w Kołobrzegu - wyjaśnia pan Piotr, który na co dzień pracuje jako kołobrzeski strażnik miejski. - Zwróciłem się z prośbą do miasta o zgodę na wykorzystanie parku i prezydent bez problemu się zgodził.

Wykonanie tras i sprzęt kosztowały ok. 250 tys. zł. Pracę w parku znalazło 10 ludzi (instruktorzy i ochrona). W zależności od pogody park odwiedza od 30 do 100 osób.

- Jeżeli nie będzie śniegu, to park będzie czynny nawet zimą. Na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy planujemy zbierać tu pieniądze - zapowiada pan Piotr.

Bilet na jedną trasę kosztuje 20 (ulgowy) i 25 zł, na dwie odpowiednio 35 i 40 zł. Można je przejść z instruktorem - dodatkowo kosztuje to 25 zł za jedną i 30 zł za dwie trasy. Park czynny jest w godz. 11-20.



W Koszalinie Małpi Gaj działa od 2007r. na Górze Chełmskiej. NIe udały się (na razie) plany kolejki linowej z centrum mista na górę, ale już coś jest.

Co jest w parku linowym?

1. Trasa niska – ok. 150 m długości, składać się będzie z 12 stacji o niskim stopniu trudności, zainstalowanych na wysokości ok. 5 m nad ziemią; uczestnicy samodzielnie asekurują się do lin stalowych, trasa przeznaczona dla klientów
indywidualnych i grup zorganizowanych.

2. Trasa wysoka – ponad 200 m długości, składać się będzie z 12 stacji o podwyższonym stopniu trudności, zainstalowanych na wysokości ok. 12 m nad ziemią, przeznaczona dla absolwentów trasy niskiej; uczestnicy samodzielnie asekurują się do lin stalowych, trasa przeznaczona dla klientów indywidualnych i grup zorganizowanych.

3. Trasa integracyjna – ok. 70 m długości, składać się będzie z 8 stacji przeznaczonych dla grup zorganizowanych – inny system asekuracji, możliwość prowadzenia zabaw, konkursów, programów typu team building.

4. Big Swing – wielka huśtawka, a dokładniej mówiąc skok z wysokości ok. 10 m z asekuracją na zasadzie wielkiego wahadła; asekuracja instruktorów parku linowego.

5. Trasa treningowa – 3 stanowiska na których uczestnicy uczą się w jaki sposób asekurować się podczas przejścia trasy niskiej i wysokiej parku linowego.

6. Pochylnia wspinaczkowa – stanowisko do nauki asekuracji na trasie integracyjnej.








Przecież faceci to tylko duże dzieci, więc możemy juz spokojnie wracać na drzewo i nazwać to sportem
 

nortus
 
Ostatnio udało mi się złapać w nocy ducha i uwiecznić go na fotce.

A mówią, że nie ma duchów. Są i zarówno takie dobre jak i takie złe.

Ten jest dobry i chyba szykował się do napadu na mnie. Ciekawe czego chciał?