Wpisy użytkownika Nortus & Potworna spółka z dnia 7 lipca 2008

Liczba wpisów: 6

nortus
 
Nortus & Potworna spółka: No dobra, zaczął się kolejny tydzień. Spacerek po lasku już zaliczony, teraz kawka i na zakupy. Musze jeszcze kupić kilka rzeczy przed wyjazdem.
Miłego dnia życzę
 

nortus
 
Po angielsku, po polsku, pośrodku
Magdalena Gignal

W Wielkiej Brytanii mieszka prawie milion Polaków. Większość z nich mówi - lepiej, gorzej, albo tylko trochę - po angielsku. Choćby nie wiem jak się starali przestrzegać zasad czystej polszczyzny, w końcu zwroty zapożyczone z języka Wyspiarzy na stałe wpisują się w ich słownik.


Ponglisz - bo tak została nazwana ta polsko-angielska mieszanka - powstał już dawno temu. Tak dawno, jak dawno Polacy zaczęli emigrować do krajów anglojęzycznych. Mieszkający na stałe w Polsce Świetlicki już dobre kilka lat temu śpiewał: "brejkam wszystkie rule". Jednak dopiero na fali pounijnej emigracji ponglisz został dostrzeżony, a nawet stał się swego rodzaju sensacją. Czy jest o co kruszyć kopie?

Pracuję w siti, mieszkam na flacie

Ponaglisz polega na tworzeniu słów-hybryd, o angielskim pniu i polskich końcówkach oraz używaniu dosłownie przetłumaczonych angielskich wyrażeń i idiomów. Przykłady - bardziej i mniej zaskakujące - można mnożyć. I tak mamy:

Jesteś jutro fri? (czy masz jutro czas? - od angielskiego "are you free?")

- Teraz jestem na brejku (czyli mam przerwę)

- Miałam wczoraj dobry sex (koszmarek językowy - pochodzący od "to have sex")

- Pracuję w siti (city = centrum miasta)

- Daj mi fona (zadzwoń do mnie - od "give mi a call")

- Z kim mieszkasz na flacie? (z kim dzielisz mieszkanie?)

I tak dalej, i tak dalej. Niektóre ze zwrotów są bardziej, inne mniej udane. Czy jednak wtrącanie angielskich lub spolszczonych wyrażeń do rozmowy rzeczywiście świadczy o językowej ignorancji, jak twierdzą niektórzy internauci?

Natury nie da się oszukać

Anka, 31 lat, polonistka z wykształcenia, przez 6 lat mieszkała w Londynie, pół roku temu wróciła do Polski: - Nie mam problemów z posługiwaniem się literacką polszczyzną. Z racji wykształcenia jestem wyczulona na językowe koszmarki i nigdy nie powiedziałabym, że mój samochód stoi na kornerze (czyli na rogu ulicy). A jednak po powrocie do Polski przekonałam się, że i do mojego języka na stałe wkradły się angielskie słowa, które bardzo trudno było mi zastąpić polskimi odpowiednikami. O ileż lepiej brzmi bizi (busy) niż jestem zajęta. Dobra zabawa nie może nawet równać się z fanem (fun), kesz (cash) jest mniej oficjalny od gotówki, a trawelka (travel card) zdecydowanie łatwiejsza do wymówienia niż bilet wielokrotnego przejazdu. Wczoraj podczas rozmowy z przyjaciółką, która została po tamtej stronie kanału La Manche zupełnie nie zdziwiłam się, kiedy powiedziała: "Wzięłam kesz za ołwertajmy, biorę jutro offa i idę na szoping" (dostałam gotówkę za nadgodziny, biorę jutro dzień wolny i idę na zakupy). Dopiero później zaczęłam się śmiać sama do siebie.

Marcin, 35 lat, informatyk, od 3 lat mieszka i pracuje w Liverpoolu: - W moim zawodzie wtrącanie angielskich i pochodzących z angielskiego zwrotów nie jest niczym dziwnym. Kiedy komputery raczkowały na polskim rynku podejmowano próby sztucznego wprowadzenia do języka polskich nazw urządzeń, które informatycy zdążyli już nazwać, czerpiąc z języka angielskiego. Tak powstał na przykład legendarny "stoło-kulotoczny wskaźnik położenia celu" (chodzi o zwykłą myszkę). Jedne z określeń się przyjęły, inne nie. Myślę, że podobnie będzie z pongliszem. Najwygodniejsze, brzmiące najbardziej naturalnie słowa pewnie zostaną na dobre w języku polskim. Inne znikną. Sam staram się mówić poprawnie po polsku, ale nie bronię się specjalnie przed wtrącaniem angielskich słów tam, gdzie jest mi wygodnie. Z jednym wyjątkiem. Nigdy, ale to nigdy nie używam angielskich wtrąceń, kiedy jadę w odwiedziny do Polski. Już raz usłyszałem, że po trzech latach na Wyspach jestem bardziej angielski od Anglika i nie był to komplement.

Karolina, 29 lat, w Anglii od 12 lat, prawniczka, w Polsce spędza wakacje: - Studiowałam na Wyspach, mam męża Anglika, większość moich znajomych to Anglicy, w pracy mówię tylko po angielsku. A jednak nie zapomniałam języka polskiego i myślę, że wciąż mówię poprawnie. Staram się nie wtrącać angielskich słów do rozmowy po polsku, ale jestem chyba wyjątkiem. Nie w Anglii, ale w Polsce. Moje polskie przyjaciółki piją szejki (shake), mają lekcje z nejtiwami (nativ speaker) i chodzą na klabing (clubbing). Na sklepowych oknach w Warszawie widać duże napisy sale (wyprzedaż). W gazecie ogłoszenia o pracy. Szukają: sales manager, shop assistant, Java developer. Czuję się jak w Anglii.

Każdy kij ma dwa końce

Ponaglisz był, jest i będzie. Ale jednak może niedługo doczekamy się także zjawiska odwrotnego, czyli wtrącania polskich zwrotów do języka angielskiego? Milowy krok w tym kierunku zrobili już twórcy świetnej kampanii promującej na Wyspach polską wódkę Wyborową . W brytyjskich mediach pojawiły się reklamy uświadamiające, że słowo wódka prawidłowo pisze się przez „w”, a nie „v” oraz postulaty, by zastąpić „v” polskim „w” we wszystkich angielskich słowach. Łel dan, państwo marketingowcy!
 

nortus
 
Jak donosi prasa media znów dotarły do wielkeij łapówki. Ale gdzie nie popatrzeć to ten kraj stoi na łapówkach. Jedni teraz będzą oskarżać drugich, że mieli dostać 14 milionów dolarów (to raptem około 35 milionów złotych), trzeci będą oskarżać czwartych że mieli dostać 100 milionów zł łapówki - ale tak naprawdę to nikomu to nie przeszkadza. Tylko mieli pecha, że ktoś do tego dotarł. Bo tak byłoby pięknie i nikt by nie wiedział.
A może jednak by spojrzeć trochę wyżej na mapie i zobaczyć Skandynawię? Gdzie minister pracy wyleciała z roboty  bo prasa ujawniła, że kiedyś tam w przeszłości zatrudniła nianię czy sprzątaczkę na czarno, więc nie jest uczciwa i nie może pełnić publicznych funkcji?
Pani minister kupiła sobie perfumy i za to wyleciała z ministrestwa, choć oddała forsę, ale karta kredytowa służbowa nie służy do prywatnych zakupów. A co robią nasi ministrowie, posłowie, marszałkowie i inni urzędnicy? Oni mówią, że wszystko kupują na potrzeby reprezentacji! Nawet ulubioną wódę do swojego biura na koszt państwa, a co - nalezy mu się bo jest przecież wybrańcem narodu. Banda złodziej i kretynów. Ale w Polsce chyba nigdy nie będzie normalnie - licząc według standardó Unijnych a nie afrykańskich.
 

nortus
 
Badania najnowszej polskiej emigracji przeprowa-dzone przez Jacka Kurzępę,socjologa z Uniwersytetu Zielonogórskiego, pokazują, że Polacy płacą wysoką cenę za wyjazd z ojczyzny. Tęsknotę za krajem i rodziną topią w alkoholu,
narkotykach, przypadkowym seksie. Z takim postrzeganiem emigracji nie zgadza się psycholog społeczny Jacek Santorski.

Klara Klinger: Czy nowa emigracja to według pana szansa czy zagrożenie dla Polski?
Jacek Santorski: Przytoczę pewien przykład. W latach 90. pomagałem pewnemu Holendrowi założyć firmę, która w żywiołowy sposób pokonywała bezdroża polskiego biznesu i przedsiębiorczości. Bardzo szybko się okazało, że potrzebni są menedżerowie, którzy umieliby ten żywioł opanować. Kogoś, kto nauczy ludzi umiejętności dzielenia się zadaniami. A był deficyt menedżerów.
Wymyśliliśmy więc, że najlepiej byłoby znaleźć Polaka, który pracuje na Zachodzie i namówić do reemigracji do Polski. Znaleźliśmy kogoś takiego w Kanadzie. Co prawda działał w innej branży, ale jego zadaniem było wykonywanie pracy w Polsce w taki sposób jak tam i zarażać innych
pracowników tym rodzajem przytomności. Ten człowiek tak się sprawdzał, że szybko został członkiem zarządu, potem prezesem. Teraz jest prezesem jednego z największych banków - to Piotr Stępniak. Od tego czasu bardzo często
doradzałem dużym spółkom, żeby powtarzały ten schemat. Żeby ten, kto przesiąkł zachodnimi wzorcami porządnej organizacji, zdobył wieloletnie doświadczenie, wrócił i uczył innych. To się każdorazowo sprawdza. I dlatego
zacieram ręce, że tak wiele osób wyjechało, a teraz wraca.

To było kilkanaście lat temu, a teraz?
Nadal jest tak samo - cały czas uczymy się na Zachodzie. Ludzie wracający do Polski czasem nie wiedzą, że w kraju stanowią żywy wzorzec dobrych zachowań. Przywożą to wszystko, co się składa na kulturę dojrzałej firmy. Dzięki pracy, którą wykonywali na obczyźnie, stali się lepsi merytorycznie. I wracają do Polski w roli lidera, choć tam byli jednymi z wielu.

Ale pracę w firmie na Zachodzie zdobywa bardzo niewiele osób, a co z tymi, którzy byli kelnerami czy murarzami?
To nie ma dużego związku z zawodem, który wykonują. Ktoś, kto był barmanem czy kelnerem nauczył się rzeczy, które są tam podstawowe, a u nas unikalne.
Uczy się tam podstawowych wartości - kultury pracy, szacunku do klienta, umiejętności dobrego i rzetelnego wykonywania zadań, działania w trudnych warunkach. Setki lat kultury zdrowego kapitalizmu zrobiły swoje - więc taka
osoba miała szansę nauczyć się tego, czym jest koncentracja, współpraca z innymi. Dlatego jako pracodawca dałbym pierwszeństwo ludziom, którzy nawet sfrustrowani wrócili z Wielkiej Brytanii, ale pracowali tam rok czy dwa lata.

Ludzie jednak nie chcą wpisywać do CV, że byli barmanami, jeżeli szukają poważnej pracy. Uważają, że to ich ośmiesza.Wszystko, co tam robili, absolutnie powinni wpisać. Zwłaszcza, jeżeli pracowali w firmach i organizacjach, które mają liczącą się markę. To już stanowi atut, bo nie zdają sobie sprawy, że nieświadomie przesiąkli pewnymi umiejętnościami i zdolnościami. Nawet jeżeli ktoś tylko sprzątał, czy był kelnerem, to nauczył się wykonywać porządnie pracę. Taki fakt pokazuje, że nie bał się żadnej pracy. Dlatego doradzałem firmie, która pomagała ludziom wyjeżdżać za granicę, aby od razu zrobiła "transfery" w dwie strony i
sprowadzała tych wykwalifikowanych z powrotem. Bo takie życiowe doświadczenie się bardzo liczy. A jeżeli się coś nie powiodło, nie szkodzi.
W biznesie potrzebna jest lekcja pokory. Z takiej nauki można wyciągnąć wiele konstruktywnych wniosków.

Nawet jak się pracuje poniżej kwalifikacji?
Ja sam w latach 80., na studiach doktoranckich - już z pewną pozycją w Polsce - pojechałem na pół roku do Norwegii, gdzie pracowałem w firmie,
która układała kable pod ziemią. Pracowałem jako niewykwalifikowany robotnik. Kopałem, przenosiłem krawężniki, nosiłem żwir, a z czasem zostałem
brygadzistą. I to, czego doświadczyłem wtedy, do dzisiaj pomaga mi jako konsultantowi w biznesie. Nauczyłem się, jak ustawiać pracę, jak
organizować. To było przełomowe doświadczenie. Jestem przekonany, że pół roku pracy fizycznej pomogło mi pod każdym względem. I często się do tych doświadczeń odwołuję.
A jeżeli te doświadczenia są negatywne czy frustrujące?
Nie mówię, że zaraz po powrocie wszyscy staną się gwiazdami. Ale stanowią potencjał. Trzeba każdą lekcję przekuć na pozytywne doświadczenie. Dlatego warto zainicjować kursy i warsztaty dla tych, którzy wracają. Nawet frustrujące doświadczenia, mogą być świetnie sprzedane w Polsce. Ale trzeba pokazać, jak można przekuć w je atut. Bo nadal istnieje przepaść między
standardami pracy tu i na Zachodzie - zwłaszcza w usługach.

Jednak koszty emocjonalne emigracji są spore, pojawiają się nowe uzależnienia...
Wiele osób jedzie za granicę z ogromnymi oczekiwaniami - a tam, gdzie jest zaczarowanie, jest i rozczarowanie. Teraz więc wiele osób przechodzi przez fazę rozczarowania, ale to jest dopiero połowa drogi. I należy im to uświadomić. Bowiem po okresie rozczarowania nadejdzie czas optymistycznego realizmu. Trzeba im tylko pomóc przejść przez ten okres przejściowy. Ci
ludzie mieli dość odwagi, żeby wyjechać, teraz powinni mieć dość odwagi, żeby wyciągnąć wnioski ze swoich rozczarowań.
===========================================

Muszę przyznać rację p. Santorskiemu. Poznanie zasad pracy i organizacji pracy może być atutem na przyszłość. Organizacja pracy w większości polskich firm, by nie powiedzieć wszystkich, jest straszna a w zasadzie jej nie ma. Kto z nas nie zna robienia pięciu rzeczyna raz bo szefo sobie coś nagle przypomniał? I wszytsko jest na wczoraj. Tego nie ma w zorganozowanych przedsiebiorstwach. Oczywiście, wszędzie zdarzają się sytuacje wyjątkowe, ale w Polsce to jest norma. Kurier jadący transitem ma w ciągu 16 godzin zawieź towar z Krakowa do Szczecina, wydać i załadować nowy i pojechać przez Gdańsk, Poznań do Krakowa znowu. Oczywiście sam, bez zmiennika. I okazuje się, że jest to możliwe, bo kierowca nie ma innego wyjścia - może się zwolnić.
WIele osób zarzuca ludziom wykształconym, że jadą do Londnu na zmywak czy sprzątać w hotelach. Że tacy wylkształceni a poniżają sie dla kasy. A czy praca magistra czy inżyniera w hipermarkecie na kasie za 800 zł nie jest poniżeniem? Czy nie po to się uczył, często za własne pieniądze żeby mógł pracować zgodnie z wykształceniem dla pożytku swojego i kraju? A ilu pracuje w zawodzie a ilu z nich zasuwa w marketach i sklepikach "rodzinnych" za grosze? Nie chcę wymieniać różnych zawodów, bo zaraz będą krzyki tych czy innych grup zawodowych jakie grosze zarabiają. I tu właśnie marację p. Santorski. Nawet jeśli ktoś pracuje na dole w zorganizowanych firmach to widzi, że można coś jednak inaczej zorganizować niż to się widzi w Polsce. I gdy kiedyś wróci do Polski to być może uda mu się przekonać szefa żeby jednak inaczej zorganizować pracę, bo to będzie bardziej efektywne. I z czasem może Polacy zrozumieją, ze nie trzeba opracować 12 godzin że można to samo zrobić w 8 godzin ale z głową. Oby jak najszybciej.
 

nortus
 
W Wielkiej Brytanii policyjne psy będą przeszukiwać muzułmańskie domy w specjalnym obuwiu na łapach. Jak pisze The Times, tamtejsze Stowarzyszenie Komendantów Policji chce w ten sposób zaakcentować swoją wrażliwość na religijne zasady islamu, wedle których psy to zwierzęta nieczyste.
Według wcześniejszych planów, policyjne psy miały zakładać buty przed wejściem do meczetu, przepis ma jednak zacząć obowiązywać również w innych muzułmańskich budynkach. Specjalnie zaprojektowane obuwie ma gumową podeszwę, zapobiegającą poślizgnięciu się. W razie sprzeciwu ze strony mieszkańców, policja będzie mogła włączyć do akcji psy tylko wówczas, gdy stanie się to absolutnie niezbędne.

Plany brytyjskiej policji spotkały się ze sceptycznym przyjęciem działaczy Kampanii przeciwko Politycznej Poprawności i samych przedstawicieli islamu. Zdaniem Ibrahima Mogry, jednego z muzułmańskich przywódców religijnych w Wielkiej Brytanii, islam nie traktuje psów jako zwierzęta nieczyste, za takie jest uważana tylko ich ślina. Jeśli pomieszczenie musi być przeszukane przez psy, jego mieszkańcy muszą to zaakceptować. Mogra ocenił nakaz noszenia butów przez psy policyjne jako niepotrzebny przepis.
================================================
Delikatniemówiąc to już jest przegięcie. Owszem, szanuję każdego człowieka, jego przekonania, poglądy, wiarę itp. sprawy.
Ale wszystko ma swoje granicę: rozumię że nazywanie murzyna bambusem i tego typu określeniami jest obraźliwe ale wymyślanie afro-amerykanów ? Przecież są ludzie rasy białej, czarnej,żółtej i innej. Podobnie ingerowanie w czyjeś życie prywatne czy seksualne - to sprawa każdego człowieka osobista i tylko jego. Nikt nie ma prawa nikomu narzucać swoich przekonań, można rozmawiać, wyjaśniać, dyskutować ale nie narzucać.
 

nortus
 
Urzędy pocztowe (Posten) czynne są:
poniedziałek - piątek    8.00 - 16.00
sobota - niedziela          9.00 - 13.00

Część miejskich urzędów pocztowych (okienka pocztowe w sklepach RIMI) jest czynna dłużej.

Poczta Główna Norwegii znajduje się  w Oslo (Oslo Central Post Office,  Dronningensgate 15, N-0101 Oslo), czynna jest w godzinach 8.00-20.00 w dni powszednie, a w soboty 9.00-15.00.

Znaczki na listy i kartki pocztowe do krajów europejskich (tak więc i do Polski) ponizej 20 g – 8 kr (priorytetowy 9,6 kr) list od 20 do 50 g – 12 kr (14 kr priorytetowa).

Skrzynki pocztowe są rażąco czerwonego koloru, z wizerunkiem trąbki symbolizującej urząd pocztowy. Są umieszczone na ścianach we wszystkich miastach i miejscowościach.

Tylko urzędy pocztowe mogą zważyć, oszacować i poinformować o dacie dostarczenia i przepisach dotyczących wysyłania paczek. Wysyłka paczek za granicę Norwegii wymaga pisemnej deklaracji o zawartości i wartości paczek.

Telefon

Telefonowanie z Norwegii do Polski:
Numer kierunkowy do Polski 0048

Telefonowanie do Norwegii:
Numer kierunkowy do Norwegii 047

Norweskie numery telefoniczne składają się z 8miu cyfr. Nie ma numerów kierunkowych. Jedynie przy telefonowaniu spoza Norwegii  wymaga się wybrania numeru kierunkowego 2 dla Oslo i 5 dla Bergen. Lokalna rozmowa kosztuje 2-3 korony tak z telefonu publicznego jak i z hotelowego. Koszt rozmów dalekodystansowych w Norwegii należy do najniższych w świecie jednak zależy od dystansu i pory dnia.
Rozmowy z telefonów hotelowych są droższe niż z telefonów publicznych i prywatnych.

Telefony publiczne w Norwegii działają na monety (1,5,10 kr) oraz karty telefoniczne.
Karty telefoniczne(TeleKort) można kupić w kioskach, urzędach pocztowych, większych stacjach kolejowych etc. Część publicznych telefonów akceptuje karty kredytowe.
Można także korzystać z własnego telefonu komórkowego zaopatrując go w kartę prepaid.

Wybierając numer 0138 można wysyłać telegramy( z telefonu prywatnego i publicznego).

Informacja telefoniczna o numerach krajowych: 180
Informacja telefoniczna o numerach międzynarodowych: 181

Numery alarmowe:
Straż pożarna (Brann) – 110
Policja (Politi) – 112
Pomoc medyczna (Ambulanse) – 113

Ambasada RP w Oslo
Olav Kyrres plass 1 0244 Oslo
tel.: /+47/ 22 55 55 36
Chcąc uzyskać więcej informacji o poczcie norweskiej wejdź na stronę internetową norweskiej poczty: www.posten.no
  • awatar ^Angel^of^Darkness: haha .. dobrze obiecuje ze nie sokocze :*:* :)
Pokaż wszystkie (1) ›